Poroniona sytuacja


mural-1347673_1920
Źródło: pixabay.com/pl/
Dwudziesty pierwszy wiek. Primaaprilisowy dzień roku 2012. Gdzieś w – ponoć – cywilizowanym kraju, Polsce; w mieście powiatowym; w szpitalu, który na swojej stronie internetowej pragnie zabłysnąć słowami, iż w rankingu „Rodzić po Ludzku” zajmuje wysoką pozycję.

Wszystko dzieje się też w moim telefonie komórkowym i w emocjach. Siedzę w domu, z chorymi dziećmi; nie mam komu oddać ich pod opiekę, by pobiec, potrzymać za rękę, obetrzeć łzy, wtulić ten cały ból w siebie. By być: przy, obok, z. By rozedrzeć okrutną przestrzeń swoim krzykiem niezgody.

Niestety nie tylko w telefonie się dzieje. Telefon jest jedynie odbiornikiem złych wieści. Dzieje się właśnie w naszym kraju, w mieście powiatowym, w tamtym szpitalu, a raczej tuż przy nim, w karetce pogotowia. W jej macicy się dzieje, w rozerwanym na strzępy sercu i obolałym umyśle. W czyimś sumieniu – czy tam też się działo?

Po kolei.
Popołudnie. Dzwoni (Ona, z dwudziestoczterotygodniowym brzuchem): „Będziesz do nas szła? Kupiłabyś po drodze wkładki. Muszę się wykąpać i iść do szpitala; krwawię.” Wiedziałam, że to nie primaaprilisowy żart, tak się nie żartuje. Ale nie szłam do nich, miałam przyczepione do siebie – zasmarkane – dzieci.

Wieczorem. Dzwoni (Ona, ciągle z dwudziestoczterotygodniowym brzuchem): „Jestem w domu. Lekarz chciał mnie zostawić na oddziale, ale zapytałam czy to konieczne, bo w domu mam małe dziecko. Powiedział, że mogę wrócić, położyć się i brać NoSpę co 6 godzin, powinno się uspokoić.” To spokojnego wieczoru, trzymajcie się, pa pa.

Za pięć pierwsza. Już po prima aprilisie. Syn kaszle niemiłosiernie, w na wpół śpiącego wlewam syrop. Dzwoni telefon; jak się okazuje: znowu Ona (jeszcze z dwudziestoczterotygodniowym brzuchem). Jęczy: „Będziesz mogła rano podejść, przebrać N.? Krwawię bardziej, boli mocniej, idę do szpitala.”

Przewracam się z boku na bok; duszą mnie wspomnienia: jak ja, sześć lat temu, ten brzuch, te kopnięcia pod żebra, te krwawienia, przedwczesne skurcze, lęk, niepewność.
Druga dwadzieścia. Wibracja łomoce w poduszkę: „Nie ma miejsc tutaj. Wiozą mnie do W.” Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Aniele Boży – serce łomoce mi w gardle. Kilka minut jeno i znowu wibracja. Jej jęk przyklejony do słuchawki: „Odeszły mi wody w karetce, wracamy.” Drżę, telepią się we mnie modły do wszystkich Świętych.
Druga czterdzieści trzy. Sms: „Nie chce mnie przyjąć. Znowu na W.”

Za półtorej godziny impulsy ze słuchawki zmroziły mi serce, rozlało się morze łez i zmoczyło kołdrę: „Urodziłam w karetce… o trzeciej dziesięć… jest martwy… reanimowali go, ale nic nie dało się zrobić… pipipipipipipipip” To była Ona, już bez dwudziestoczterotygodniowego brzucha, za to z traumą na całe życie.

Czuję niewyobrażalny bunt. Nie do końca o to CO się stało, ale JAK się stało. Wolę nie wyobrażać sobie, co Ona może czuć, mogłabym nie udźwignąć tego ciężaru. To, co przeżyła przez tamtą godzinę jest karygodne: odesłanie ze szpitala z powodu braku miejsc – odeszłe wody w karetce, przy dwóch obcych sanitariuszach – powrót na SOR – kolejne odesłanie z kwitkiem – przesiadka do drugiej karetki – krzyk, że czuje główkę pomiędzy udami – odpięcie z pasów, ściągnięcie spodni, kruszynka wypadła na nosze – reanimacja maleństwa przy wpół otwartych drzwiach karetki – wszystko tuż przy szpitalu. Szpitalu, który zajmuje tak wysoką pozycję w rankingu „Rodzić po ludzku”. Czegoś tu zabrakło, jakiś praw elementarnych, ale niezbędnych, by było po ludzku.

Zmarł mały człowieczek. Jego ludzka godność mieściła się na matczynej dłoni. Jego paluszki nie były większe jak palce lalki Barbie. Miał czarny meszek na głowie, biały nosek, przeźroczystą skórę, pokazującą autostradę żyłek przechodzących przezeń i oczka, których jego mama nigdy nie zapomni. Nawet gdy pisane było, że jego oddech będzie anielskim śpiewem – nie w takich warunkach powinno to nastąpić. Nawet gdy sekcja zwłok pokaże, że nie dałoby się go uchronić przed zakażeniem (a takie są podejrzenia) – scenariusza nie zmieniłoby się, ale scenografia mogła być inna, wystarczyło odrobinę dobrej woli. Nic nie da analizowanie: „co by było gdyby”, każdy chyba jednak zgodzi się, że sytuacja wygląda(ła) na poronioną.

Postscriptum. Nie mogąc emocjonalnie objąć tego wszystkiego, zadzwoniłam do Fundacji „Rodzić po ludzku”. Wskazano mi ścieżkę prawną, którą powinno się teraz podążyć. Ona powinna, nie ja – jest jednak zbyt obolała, by chcieć jeszcze kaleczyć stopy, błądząc za sprawiedliwością. Temat iście medialny – ale chcąc Ją chronić, rozmazuję wszystkie szczegóły, mogące zostać poszlakami personalnymi. Gdybym pragnęła odkryć dziennikarskie karty, powinnam porozmawiać z lekarzem wówczas dyżurującym, z sanitariuszami z karetki.; dodać, że na następny dzień ginekolog poprosił, by napisała oświadczenie, iż wtedy, po południu, zaproponował jej hospitalizację, ale nie skorzystała. Może ktoś byłby ciekaw jak „prowadziła się w czasie ciąży”, że miejsce na sali ostatecznie się znalazło (co więcej: była na niej sama), wyłyżeczkowano ją bez znieczulenia, zaproponowano pomoc psychologiczną, zapytano czy chce pożegnać się z dzieckiem i pochować je, poinformowano o chrzcie. Nie o to jednak chodzi… Niby życie wraca do normy, ale jakaś cisza ciąży pod sercem. I niezgoda na to, by takie rzeczy miały miejsce; w dwudziestym pierwszym wieku, w jakimkolwiek zakątku naszego kraju i poza granicami czyjejkolwiek macicy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s