Kociogórskie bajania


IMG_0005

Trzebnica – miasto, w którym urodziłam się ja, a także moi synowie… w którym mieszkam, mam rodzinę, przyjaciół, moc zajęć, pasje… które nieustannie mnie zachwyca i inspiruje – to miejsce z „bogactwem historii i potencjałem przyszłości”. Dzieje się tu wiele dobrego, ale pamiętać należy, iż wszystko to w cudny sposób przeplata się z dawnymi dziejami, miejscowymi podaniami, ważnymi dla kociogórzan miejscami i postaciami, nierozerwalnie związanymi z lokalnym dziedzictwem.

To tutaj zapisali się w dziejach Dolnego Śląska Jadwiga i Henryk Brodaty, u nas urodziła się przyszła królowa Francji, Maria Leszczyńska oraz dokonano ważnych odkryć archeologicznych – śladów bytności na naszych ziemiach człowieka sprzed 500 000 lat, Homo erectusa.

Kocie Góry to piękne i przyjazne tereny. Warto zaznaczyć je na mapie swoich turystycznych planów.

Mamy również kotki, nie tylko urokliwe, ale i niesforne. Co tym razem zmalowały? Zapraszam do lektury. Lektury, której współautorami są moi synowie – razem bowiem puszczaliśmy wodze fantazji, gdy sen nie chciał nadejść…

Być może nasza bajeczka przypadnie do gustu także innym dzieciom? A może młodzi czytelnicy zechcą sięgnąć po regionalne legendy i wgłębić się w ekscytującą historię naszej małej ojczyzny? Mawiają, że czym skorupka za młodu nasiąknie… tym rozmiłowana jest do późnej starości. Znam takie, znam…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Trzebnicki Rynek skąpany w deszczu

Bywa, że nie wiadomo jak spożytkować późnojesienne piątkowe popołudnia. Ciągną się jak przydługie spaghetti, a do tego przeważnie są zbyt ciemne, za chłodne i ponuro dżdżyste.

Tak było właśnie z tym piątkiem. Mama próbowała sklecić jakiś artykulik, niestety mizernie jej to wychodziło. W przyciasnym pokoju synowie dokazywali na całego, trudno więc było się skupić. – „Mamo, on mi zburzył!” – „Bo on mi to zabrał!” – „Puść to… dawaj… to moje!”

– „Dość tego! Proszę o spokój…” Rodzicielka czuła się jak bomba zegarowa z opóźnionym zapłonem. Jeszcze sekunda i eksploduje. – „A może poczytamy troszkę?” – to zawsze łagodzi sytuacje. W jednym momencie – jak za sprawą magicznej różdżki – dwoje diabełków przemieniło się w potulne owieczki i – z niewinnymi minkami, płomyczkami radości w oczętach oraz uśmiechem rozsmarowanym (jak słodka Nutelka) po twarzyczkach – przysiedli się do mamy. – „To co dzisiaj czytamy? A może sami wymyślimy jakąś fantastyczną historię, co wy na to?” „Taaaak! Super! Zaczynajmy…”

– „Dawno, dawno temu…” – „Nieee, to nudne.” – „Więc może: za siedmioma górami, za siedmioma rzekami…” – „Nieee, wystarczy, to też  jest w każdej bajce. Może coś oryginalniejszego?” – „No to spróbujmy jeszcze raz, wspólnie…”

– „To może tak… Wcale nie tak dawno temu, hmm… za Winną Górą i Polską Wodą… mieszkało dwóch chłopców o imionach…” – „… Igor i Borys!” (dało się słyszeć zgodny chór)  – „Dobrze, niech będzie… Igor i Borys. Dzień chylił się ku końcowi, ciągle jednak jeszcze zbyt wcześnie było, ażeby chcieć wtulić nosy w poduszkę…” (Zieffff, synowie – jeden po drugim – niczym rozziewane hipopotamy rozdziawili szeroko swoje buziole). – „Mamo, podasz poduszkę?” – „Proszę bardzo.” – „I kontynuuj…”

– „… Nudziło im się niemiłosiernie, więc zaproponowali: – „Może wyjdziemy na dwór? Przespacerujemy się, przewietrzymy, dotlenimy – i będzie nam się lepiej spało. Co ty na to?” – „Dobrze, to żwawo ubierajcie kalosze, kurteczki, weźcie parasole (bo ciągle mży) i wyjdziemy na chwilę.” – Poczekaj, tylko zabierzemy latarki, wtedy jest przyjemniej.” – „Gotowi? To ruszamy.”

Zgrzyyyt – klucz w zamku jakby głośniej zaskrzypiał. Tup, tup, tup – nogi jakby lżej niosły. A światła w Rynku jakby intensywniej świeciły. Coś czaiło się w powietrzu.

Drzewko szczęścia
Drzewko szczęścia

– „Mamo, spójrz, na cokole brakuje Kociogórka i Lubuszki. Ktoś musiał ich ukraść! Trzeba zawiadomić policję.” – „Popatrzcie, drzewko szczęścia zupełnie inaczej niż zwykle mruga kolorami. Co to może oznaczać? Co się tutaj dzieje?” – „Zauważyliście tę prawidłowość: trzy krótkie mrugnięcia, trzy długie i znowu trzy krótkie? Ktoś chyba potrzebuje pomocy, toż to sygnał S.O.S.!” – „A co to znaczy?” – „Że ktoś znalazł się w tarapatach i prosi o wsparcie.” – „To na co jeszcze czekamy?” – „Nie wiemy kto, ani gdzie…” – „Zaraz poproszę o pomoc drzewko, przecież zawsze spełnia nasze marzenia…” – i Borysek dotknął pnia, przymknął oczka i począł mruczeć pod noskiem swoje pragnienia. Wtedy stała się rzecz nieoczekiwana. Wszystko wokół zawirowało, zaczęło tańczyć w niesamowitym tempie, barwy zlały się w jedną, trudną do zdefiniowania plamę – i otworzyło się coś na kształt magicznego portalu, zupełnie jak w filmach familijnych. Wessało nas z ogromną mocą i poczuliśmy się, jakbyśmy zaczęli zjeżdżać z gigantycznej zjeżdżalni, pełnej zakrętów i ostrych zawijasów. Wokół dało się słyszeć żałosne „miau, miau…” – ale nigdzie nie było śladu miauczącego ktosia. – „Aaaaaaaa!” – „Trzymajcie się!” Nagle poczuliśmy, iż spadamy. Całe szczęście, że ciągle trzymaliśmy w dłoniach otwarte parasole (firmy Kulik), dzięki temu upadek nie był dotkliwy, tylko zaczęło nas znosić, jakbyśmy byli zaopatrzeni w spadochrony. Kiedy dotknęliśmy już nogami bezpiecznego gruntu, delikatnie unieśliśmy powieki, by podejrzeć choć jednym okiem: gdzie my w ogóle jesteśmy? Okolica była dziwnie znajoma, choć wyglądała na surową i dziką. Co się stało? Jak to wszystko możliwe? Jak to wytłumaczyć, jak ogarnąć rozumem? Mamie wydawało się, że poddała się jakiejś zbiorowej halucynacji. Ukradkiem uszczypnęła się w dłoń. Ajć, boli. Wygląda na to, że nie śpimy.

IMG_0082
Homo erectus – w Muzeum Regionalnym

– „Mamo, spójrz, kim oni są? I dlaczego nie mają na sobie ubrań?” – zapytał Borysek, wskazując na grupkę dziwnie wyglądających osobników. Tuż za nimi stało parę szałasów i płonęło ognisko. Kilka osób pochylało się nad stertą kamieni, coś z nich jakby wyrabiając. – „Zaraz, zaraz – zakrzyknął podekscytowany Igor – czyż to nie Homo erectus?” – „Tak, wygląda na to, że przenieśliśmy się w czasy „człowieka wyprostowanego”. Nie krzyczcie tak, bo nas jeszcze usłyszą.”  Cała trójka zaczęła przemykać truchtem pomiędzy licznymi zaroślami. Teraz już poznawali – to stok Winnej Góry, ale jakby bardziej srogi, dziki i niedostępny. Nagle natrafili na coś, co wyglądało jak wielkie jajo. Dużo większe od strusiego, które widzieli podczas warsztatów z lokalnym artystą, prezentującym przepiękną Pisankę Trzebnicką. Obok kolejne, i kolejne. Rety, zaczyna robić się naprawdę niebezpiecznie. Wtenczas, gdy ujrzeli nad sobą wielki cień, z rozłożystymi skrzydłami – pojęli grozę sytuacji. – „Uciekamy, pterodaktyl – tędy!” Pędząc ile sił w nogach minęli jeszcze bizona, mamuta, tygrysa szablozębnego i kilka kolosalnych gadów. „Velociraptor, Iguanodon, Stegosaurus, Triceratops, Mononykus, Oviraptor…” – chłopcy recytowali (nadzwyczaj zgodnym) chórem, nie tracąc wcale tempa (trzeba bowiem dodać, że są wielkimi miłośnikami odkryć paleontologicznych). Mamie jednak nic się nie zgadzało, wszystko było wymieszane w tej przestrzeni czasu. Przecież to całkiem inne jednostki czasowe! Gdzie dinozaury, gdzie prehistoryczne ssaki czy ludzie pierwotni? W co my się wpakowaliśmy? Dopiero gdy na horyzoncie zamajaczył fioletowy smok, ziejący na przemian fajerwerkami i bańkami mydlanymi – wszystko stało się jasne. – „W tej chwili przestańcie sobie to wyobrażać! To wasza fantazja jest sterem. Cokolwiek pomyślicie… Jeju, aż się boję, z czym za chwilę możemy stanąć oko w oko.” – „Naprawdę? Ale super! Zawsze chciałem zobaczyć: krasnoludka, elfa, Mikołaja, Dziadka Mroza, Kapitana Haka… – jeden z synów zaczął wyczarowywać obok nas kolejne postaci – … któregoś Gormita, Bionicla, Bakugana, Ben10’a i Lorda Garmadona z Lego Ninjago…” – „Dość tego, przestań natychmiast!” Zresztą za późno było na gadanie, bowiem zdążyła wrócić mama fioletowego smoka i – bynajmniej – wcale nie zionęła bańkami mydlanymi. Wyglądała na głodną, rozwścieczoną i niesympatyczną, a my nie zamierzaliśmy stać się daniem głównym, przypieczonym wcześniej w strumieniu ognia.

IMG_0069

„Nagle ktoś szarpnął mamę za rękaw, wskazując wejście do groty. Tam byliśmy bezpieczni. Owym „kimś” okazał się jeden z młodych mężczyzn, uprzednio ciosający kamienie. Teraz uśmiechał się nieśmiało. Nie wiedzieliśmy jak się zachować, co powiedzieć. – „Dziękujemy” – odezwało się w końcu nasze trio. „On” tylko uśmiechnął się – już nieco śmielej – i wcisnął nam w dłonie po kamieniu. Chłopcy – nie chcąc być dłużni – obdarowali go latarką i elektronicznym, dziecięcym zegarkiem. Nie było czasu na nic innego, bowiem oto otworzył się przed nami – znajomy już – portal i znowu wszystko wokół poczęło wirować.

g_owa_jadwigi
Św. Jadwiga – Muzeum Kultu św. Jadwigi

Tym razem bez strachu poddaliśmy się całej procedurze: kolory, zjeżdżalnia, lot, delikatny upadek. Rozejrzeliśmy się wokół. Scenografia zgoła inna. Gwar, rwetes, zamieszanie. Jakąś budowlę wznoszą. Majestatyczną. Podeszła do nas niewiasta, z butami zarzuconymi na ramię. Była skromna i pokorna; na twarzy jej malował się spokój, skupienie i wielka miłość. – „Mamo, popatrz, przecież to święta Jadwiga” – (jakże słusznie) zauważył Borysek. – „Witajcie, pielgrzymi, cóżesz was sprowadza na nasze piastowskie ziemie?” – łagodnie, tymi słowy, przemówiła Jadwiga. – „O pani, nie jesteśmy godni…” – zaczęła mama, ale księżna przerwała jej. – „Na pewno jesteście głodni i spragnieni, zapraszam do siebie, odpoczniecie i wszystko opowiecie.” To było niesamowite przeżycie. Księżna Jadwiga oprowadziła nas po włościach, opowiadając historię o tym jak Henryk Brodaty, polując pewnego razu, wpadł w bagno i o mało życia nie utracił. Na pamiątkę cudownego ocalenia stawiają klasztor i kościół (czego świadkiem właśnie jesteśmy). Była bardzo wzruszona, gdy powiedzieliśmy jej, że została – w naszych czasach – ustanowiona patronką Trzebnicy. Zaprowadziła nas również w swoje ulubione – niezwykle malownicze – miejsce, gdzie często odpoczywa po trudach wędrówki z Wrocławia. Rozpoznaliśmy w nim Kapliczne Wzgórze, z charakterystyczną aleją wiekowych lip. Następnie towarzyszyliśmy księżnej w działaniach charytatywnych, prowadzonych w okolicy murowanego kręgu, zwanego współcześnie Rotundą Pięciu Stołów. Tam też widzieliśmy się z Jadwigą ostatni raz. Znienacka bowiem otoczyły nas odgłosy miauczenia, zerwała się tajemnicza wichura i znajome kolory wciągnęły nas w portalowy wir. Było nam smutno, że nawet nie zdążyliśmy pożegnać się z – niezwykle gościnnymi – Jadwigą i Henrykiem. Po tym spotkaniu została nam jednak pamiątka: skromny, drewniany różaniec i nadpalony nieco modlitewnik.

398339_348237951907777_1203476928_n
Kapliczne Wzgórze

Tym razem wydawało się, jakbyśmy lecieli znacznie dłużej. W tym całym kołowrotku, w plątaninie barw, poczęły się pojawiać jakby wyraźniejsze obrazy: pieczęcie Piastów Wrocławskich, Staw Gondolowy oraz kuracjusze – miłośnicy wód mineralnych i borowiny, ostatni pustelnik, synagoga, wojska stacjonujące w Trzebnicy, a także mgliste fragmenty z maminego dzieciństwa, przypadającego na szare czasy PRLu. Upadek był nieunikniony. Wylądowaliśmy na rozłożystym drzewie, pełnym pachnącej zieleni. – Miau, miau – pomiaukiwanie było coraz wyraźniejsze. Trudno było jednak cokolwiek dojrzeć, gdyż ciemności powoli spowijały krajobraz.

phoca_thumb_l_img_3378
Maria Leszczyńska (autorstwa p. Ewy Mroczek) – w jednej z sal trzebnickiego Ratusza

Ale co to? Pod nami zrobiło się gwarno i jakoś niezbyt przyjaźnie. Jacyś uciekinierzy, tuż za nimi pogoń. Dopadli ich. Szamotanina. Odgłosy walki. Płacz niemowlęcia. Zamarliśmy w bezruchu, bojąc się głębiej odetchnąć, ażeby nas nie usłyszano i nie zauważono. Kiedy zamieszanie na dole ustało, wszyscy rozjechali się w swoje strony, było cicho i pusto – odważyliśmy się zejść na dół.

– „Mamusiu, spójrz, coś tu błyszczy.” – „Popatrz, to pierścień! Cudny!” – „Mamo, przecież to klejnot, którego szukaliśmy w Marynki, w Noc Świętojańską, pamiętasz? A my znajdujemy się w Piekielnym Wąwozie.” – „Zatem owo dziecię musiało być… o rety…” – „Tak, to była sama Maria Karolina Zofia Felicja Leszczyńska. Niesamowite.”

Miau, miau – teraz kocurek okazał się w całej krasie, ocierając się pieszczotliwie o nasze nogi. Kiedy schyliliśmy się, by go pogłaskać – przytrafiła się nam rzecz niesłychana. Każde z nas poczuło, jakoby się kurczyło. Nasze dłonie powoli zmieniały się w kosmate łapki, ubrania rozlewały się w plamy na sierści, coś zmieniło naszą postawę z wyprostowanej na czworonożną i wyrastać nam zaczęły dostojne wąsy. – „Ojć, łaskoczesz mnie wąsikami… ha ha ha” – Igor z Borysem przekrzykiwali się nawzajem. – „Mamo, my mamy ogony. Czadersko!”

Wtedy stało się coś jeszcze. Mamy jednak nic już więcej nie mogło zadziwić. Tyle dzisiaj przeżyli, że odtąd gotowa była uwierzyć we wszystko co się tylko wydarzy. Kot ciągle miauczał, ale oni rozumieli teraz co on mówi. Mało tego: sami – bez najmniejszego problemu – posługiwali się tym osobliwym, kocim językiem. Okazało się, że to – dobrze im znany – Kociogórek (chociaż gdyby nie stylowa mucha pod szyją, to trudno byłoby to stwierdzić z całą pewnością). To kotek wzywał pomocy, migocąc lampkami drzewka szczęścia w rytmie S.O.S. Wraz z Lubuszką (która do nas po chwili dołączyła) utknęli w równoległym wymiarze. Naszła ich ochota na harce, opuścili swoje stanowisko (usytuowane na trzebnickim Rynku) i postanowili odwiedzić przyjaciół w kocim raju. Niestety zabawili tam zbyt długo i portal zatrzasnął się przed nimi. Jedyną metodą uwolnienia się było sprowadzenie do tego świata jakiegoś kociogórzanina. Albo trójki kociogórzan – bo akurat takowi byli pod ręką… pardon, pod gałązkami drzewka szczęścia. Takim oto sposobem mama, Igor i Borys – zatem właściwie: my – staliśmy się wybawcami trzebnickich kociaków. Prawda, że mogło być nieciekawie, gdyby nazajutrz, podczas porannego, sobotniego spaceru, ktoś zorientował się, że pomnik nie stoi na swoim miejscu? A właściwie: stoi jego cokół, a Kociogórka i Lubuszki brak. Oj, narobiłoby się…

W podzięce za uratowanie honoru niesfornych kociaków – ci ostatni zaprosili nas na uroczystą kolację. Dziwne, po wizycie u świętej Jadwigi i Henryka Brodatego powinniśmy czuć się syci (zwłaszcza, że Igorek i Borysek to – co tu dużo mówić – niejadki), a jednak z chęcią przystaliśmy na tę propozycję. Było kakao, rozmaitych smaków budynie i masa smakołyków, których głównym składnikiem jest mleko. Przypomniała nam się na tę okoliczność scena z Pana Kleksa, w której Adaś Niezgódka trafia do psiego raju, gdzie stoi czekoladowy pomnik weterynarza. Właściwie było podobnie. Mama spotkała Czarkę, ukochaną kotkę z dzieciństwa – i czułościom (oraz wspominkom) nie było końca. Sielankę przerwał Kociogórek: – „Na nas pora, zbieramy się, bo jeszcze chwila i wszyscy tu utkniemy. Na amen.” Pożegnaliśmy się – serdecznie – z pozostałymi futrzastymi przyjaciółmi i pozwoliliśmy energetycznemu portalowi porwać nas w nieznane.

3 bazylika plus tablica
Mała ścieżka św. Jadwigi i Bazylika

Albo i znane. Wylądowaliśmy bowiem (już w ludzkiej postaci) na zboczu Kociej Góry. Tym razem w czasach współczesnych. Senne miasto przycupnęło w dole, spowite ciszą i spoczynkiem. Mrugało tylko radośnie wieczornymi światłami, jakby witając nas (wprawdzie niemo, za to jakże efektownie) i ciesząc się na nasz powrót. My również byliśmy radośni, bowiem – jak to mawiają – wszędzie dobrze, jednak w domu najlepiej. Zresztą: przygody przygodami, ale czuliśmy się nieco znużeni. To już najwyższa pora na sen. Zajrzeliśmy jeszcze, po drodze, do Bazyliki, chcąc choć podziękować za gościnę świętej Jadwidze. Słowo daję – wierzcie lub nie – że promiennie się do nas uśmiechnęła. Kiedy doszliśmy do Rynku, Kociogórek i Lubuszka grzecznie siedzieli na swoich miejscach. Mrugnęliśmy doń oczkami, ci – prawie niezauważalnie – pomachali nam ogonkami. Na koniec jeszcze drzewko szczęścia zaszemrało listeczkami: „dooobreeej nooocyyy”.

ratusz plus koty
Kociogórek i Lubuszka na tle trzebnickiego Ratusza

Reszty nie pamiętamy: jak znaleźliśmy się w domu, czy zjedliśmy kolację, wymyliśmy zęby? Ogarnęła nas wielka senność. Czy cokolwiek nam się śniło? A może to wszystko było – po prostu – snem? Jeśli tak, to jak wytłumaczyć obecność trzech krzemiennych narzędzi, pięknego pierścienia, modlitewnika oraz drewnianego różańca? Kleptomanami raczej nie jesteśmy… Do tej pory nie możemy także znaleźć elektronicznego zegarka i latarki, którą – we śnie czy nie? – podarowaliśmy chłopcu z czasów Homo erectusa. Mieliśmy nawet pomysł, by oddać nasze eksponaty do Muzeum Regionalnego i Muzeum Kultu św. Jadwigi – tylko czy ktoś by nam uwierzył w nasze opowieści?

Reklamy

3 thoughts on “Kociogórskie bajania

  1. Ha, poczytać zawsze warto – choćby po to aby przemknąć zakrętami pre i historii grodu! Świetny sposób aby zasygnalizować i przybliżyć ją tym, którzy jej nie znają. Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s