Gapcio i Czupurek. O rączce, co słuchać nie chciała Czupurka


Żródło: pixabay.com/pl
Żródło: pixabay.com/pl

Zieffff…
Gapcio i Czupurek przeciągnęli się, głośno przy tym ziewając. Strzepali z siebie ostatnie okruchy snów, niczym uwierające drobinki kolacji, jedzonej zbyt późno, a na domiar tego – w łóżku. Przez chwilkę jeszcze poleżeli, pragnąc podelektować się posmakiem sennych marzeń – te zaś coraz mniej wyraźne były, z chwilą zaś każdą nasiąkały smaczkiem dzisiejszego dnia.

Lubili te momenty, gdy świt jeszcze nieśmiały był, zawstydzony jakby, że nazbyt prędko zerwał się na równe nogi – oni natomiast mieli czas, by poleniuchować troszkę, zająć się najsłodszym i najprawdziwszym nic-nie-robieniem. Ach, jakże wyborny, niepowtarzalny smak miały te poranki (oj, szkoda wielka, że chłopcy nie mają jeszcze poprawnie rozwiniętej świadomości uciekającego czasu i wiedzy, że powinni łapać te uczucia – niczym motyle – do Siatki Najpiękniejszych Wspomnień, albowiem w Okrutnej Dorosłości nic już nie będzie takie, jak jeszcze dziś dzień…). Grali w swoją ulubioną licytację: kto miał przyjemniejszy sen… Właściwie to szybowali na skrzydłach Fantazji, gdyż rzadko kiedy, tak naprawdę, pamiętali, co noc przyniosła im w darze. Ale nie przeszkadzało im to w ściganiu się na najbardziej dziwaczny, najmocniej surrealistyczny, taki nieprawdopodobny do granic możliwości, a przez to: tak fascynujący sen…

Puk, puk… – „Chłopcy, śpicie jeszcze?” – mama wsunęła, przez drzwi, swój nos do pokoju dziecięcego.
– „Dzień dobry, mamusiu!” – odezwał się, pogodnie i zgodnie, chłopięcy duet.
– „Dzień dobry, kochani; zejdźcie, proszę, na śniadanko: Wasze ulubione musli. A kto będzie miał ochotę, załapie się również na pyszne naleśniki z musem brzoskwiniowym” – kusiła rodzicielka, a chłopcom aż pociekła ślinka… Uśmiechnęli się najpiękniej, jak umieli, wyrażając tym samym bezwarunkową aprobatę czekającego ich posiłku i ogromnej wdzięczności, radości i miłości, które przepełniały ich maleńkie serduszka.
„Ehhhh, jak miło zapowiada się ten piękny dzionek” – każdy z trójki domowników pomyślał, po cichutku, to samo (i pewnie tatuś, który w tym samym czasie ciężko zarabiał już na chlebek powszedni dla nich – gdyby tylko był w domu, zapewne dołączyłby do tego pozytywnego bukietu, swoją wiązankę konstruktywnych myśli). Skądże wiedzieć mieli, że Jakaś Nienazwana Siła postanowiła sprawić im dziś psikusa, a tym samym dać – może nie najprzyjemniejszą, ale zawsze… – jakąś naukę.

Sielankowa atmosfera prysnęła – jak urocza, tęczowa bańka mydlana – tuż przed drzwiami łazienki. Wiadomo: każdy chciał wymyć się pierwszy, ażeby jak najprędzej skosztować smakołyków, przyszykowanych przez mamę. Zwykle bracia dochodzili do jakiegoś konsensusu: a to skrupulatnie pilnowali swojej kolejki: dziś Ty pierwszy, jutro ja; dzielili się sprawiedliwie tygodniami: w tym Ty masz przywileje, w kolejnym zaś musisz mi ustępować; albo, zwyczajnie, losowali bądź stosowali jedną z wielu wyliczanek. Tego jednak ranka, nijak nie mogli się pogodzić. Nieładnie przepychali się, jeden przez drugiego i żaden nie chciał ustąpić. W pewnym momencie, Czupurek popchnął Gapcia tak, że ten poleciał na ścianę i nabił sobie guza wielkiego, jak sam wulkan Wezuwiusz. Naturalnie nie obyło się bez słonych łez, a do akcji wkroczyła – postronna dotąd mama – „Słuchajcie, nie chciałam się wtrącać, licząc na to, że jesteście już dużymi, mądrymi, rozsądnymi chłopcami, niestety zawiodło mnie Wasze postępowanie. W tym domu nie obowiązuje prawo dżungli, a wszelkie konflikty rozwiązuje się w cywilizowany sposób. Pomyślę nad tym, jakie powinno być zadośćuczynienie za Wasze niewłaściwe zachowanie, a teraz marsz, razem, do łazienki – podać sobie ręce na znak zgody – i czym prędzej do stołu, bo rozmyślę się i frykasy zostawię na dzień, gdy naprawdę na nie zasłużycie!” Było to wypowiedziane kategorycznym tonem, noszącym na sobie wdzianko uszyte z rygoru natychmiastowej wykonalności, chłopcy zatem nie oponowali, ale – kuląc po sobie uszy, ze wstydu (i słusznie!) – posłusznie uczynili to, o co mama prosiła, czy raczej – czego od nich, w tej chwili, oczekiwała.

Ze smakiem spałaszowali musli, wyjadając z nich – w kolejności – to, co lubią najbardziej: najpierw powędrowały do brzuszka orzechy; tuż za nimi – buzie mieliły – pomarszczone wysoką temperaturą winogrona, czyli innymi słowy – rodzynki; dalej – kubki smakowe zostały połechtane przyjemnie przez wiórki czekolady; potem, co już wpadło w maleńką garsteczkę – owoce suszone, płatki kukurydziane, sojowe, jęczmienne, owsiane. Naleśniki również były niczego sobie, a nawet więcej – były prawdziwą rozkoszą dla podniebienia; i te ogromne kawałki brzoskwinek, które pławiły się w słodziutkim musie, mmmmm…

Mama postawiła przed chłopcami dwa kubki. W jednym unosiła się jeszcze ciepła mgiełka dymku, otulająca spokojną taflę kawy zbożowej. W drugim – wedle życzenia – pływał orzeźwiający, aromatyczny, sok pomarańczowy. Matula z lubością spojrzała na swoje pociechy i ich, ruszające się rytmicznie, pyszczki. Przeszczęśliwa była, gdy mogła dogodzić tym swoim dwóm skarbom. No i gdy w domu gościło zrozumienie, miłość i spokój… Jednak nie było jej dane rozkoszować się dzisiaj tymi wartościami…

Gdy z talerza zniknęła już cała sterta naleśników i – na dnie samym – został już tylko sam, samiuteńki, jeden, nieduży naleśniczek… znów chochlik jakiś niedobry, postanowił zamieszać w koktajlu zdarzeń, i poróżnić – kochających się przecież – braci. Na maksimum ustawił pokrętła w ich „chceniu” tegoż właśnie naleśnika, no i… no i… Sami chyba wiecie. Znowu brak porozumienia, tudzież chęci choćby znalezienia jakiegoś złotego środka, czegoś, co dorośli – tak mądrze – kompromisem nazywają. Nikt nie zdążył się spostrzec, a tu rączka Czupurka – myk, i w okamgnieniu, ugodziła Gapcia, widelcem w podudzie. Niby nic wielkiego, lekkie zadraśnięcie, ale już sam fakt był karygodny. Gapcio zwinął swoją buźkę w podkówkę, a rzęsiste łzy jęły spływać po jego policzkach. Bardziej nawet z przestrachu, niźli z samego bólu. Samego Czupurka zamurowało. Oniemiały, nie wiedział, co czynić, czy choćby nawet co powiedzieć. Czuł, że nigdy dotąd nie zachował się aż tak nieładnie. Ale, mógłby dać słowo, przenajświętsze, że on nie chciał! Owszem, był rozdrażniony i pragnął zawłaszczyć sobie to pozostałe, jakże kuszące, ostatnie cudo z musem brzoskwiniowym, ale nie aż do tego stopnia, by zechcieć skrzywdzić swego brata – bliźniaka! Nie rozumiał tego, co działo się dzisiaj z nim, i jego – nieusłuchaną – ręką!? Ale jak wytłumaczyć to skrzywdzonemu, płaczącemu wciąż Gapciowi i – nie lada już zagniewanej, a i zasmuconej jakby – mamie? On nie chciał, nie chciał; naprawdę… – „Jeju, przepraszam, Gapciu… ja nie tak chciałem…” – Czupurek nawet nie bardzo wiedział, co powiedzieć, jakie pole obrony objąć…

Mama rozprawiać zaczęła o salomonowej mądrości, nie czynieniu drugiemu, co nam miłe nie jest i pokrewnych temu tematach. Mówiła o tym, że inne dzieci mają opiekunów, a z nas takie łobuziaki, że rodzicom – miast tego – przyjdzie chyba niedługo zatrudniać rozjemców i mediatorów. Czupurkowi źle było z tą całą sytuacją, ale najbardziej z tym, że przestał czuć się panem swojej własnej ręki. Już po łazienkowym incydencie postanowił, że będzie miał się dziś na baczności i trzy razy pomyśli, zanim cokolwiek zrobi. A tu, masz… Minut kilkanaście minęło, i już druga plama! Tak chciał dobrze… Ale ta ręka jakby zbuntowała się dzisiaj, jakby postanowiła sama o sobie stanowić i – bezrozumnie, bezmyślnie – poddawać się jakimś impulsom. Czuł, że przestaje być jego sprzymierzeńcem, a przemienia się w zwierzątko z łańcucha zerwane, obce mu jakieś, nieposłuszne, niezrozumiałe wcale… I poczuł dziwną bezsilność i bezradność, bo oto, coś, co dotąd jego było, wymknęło mu się spod kontroli. Myślał usilnie, co by tu zrobić, aby było – na powrót – jak dawniej? Aby on i ręka jego stanowili znowu zgodny zespół, a nie żyli niby razem, a jednak nieharmonijnymi wcale istnieniami…

Jeszcze kilka razy dzisiaj zdarzyło się, że nie mógł żadną siłą zapanować nad nią… A może – po prostu – było tylko tak, że prędzej działał, niż pomyślał? Sam już nie mógł znaleźć usprawiedliwienia tych karygodnych wybryków. Było mu jednak smutno, że Gapcio unika dziś jego towarzystwa i bawi się w kącie sam… Nie był przyzwyczajony do samotności. Gdy ma się bliźniacze rodzeństwo, urasta się w przekonaniu, że ktoś jest przy nas od zawsze, i na zawsze. I takie odosobnienie, to jest kara najdotkliwsza z możliwych. Ale nie dziwił się postępowaniu brata. On również wolałby zejść z oczu komuś kto popycha, bije, szczypie, wyrywa ulubiony samochodzik, czy burzy – pieczołowicie składaną – wieżę z klocków Lego. A on tak właśnie zachowywał się…

Starał się wytłumaczyć Gapciowi swoje alogiczne zachowanie, ale nie wyszło z tego nic dobrego. Kolejne nieporozumienie, i kolejne, jakże niepotrzebne i nierozsądne, rękoczyny. A do tego, wydarzyło się jeszcze coś gorszego – przy kolejnej szamotaninie, z buzi chłopców, wylał się potok brzydkich, obelżywych, nieprzemyślanych słów. Takich, zasłyszanych gdzieś na ulicy czy w – zakazanym dla dzieci – programie telewizyjnym. Powszechnie wiadomo, że nieprzyzwoicie i niekulturalnie jest zwracać się tak, ale czasem – niestety – się wymcknie. Się. Samo. I, naprawdę, nie ma na to – absolutnie żadnego – wytłumaczenia. Te słowa to jakby fekalia. Jakby z buzi wychodziły całe rzesze skorpionów, pajęczaków, obślizgłych larw, chropowatych ropuch. I tak też poczuli się chłopcy – aż poczęły ich od tych okropieństw piec usta, a na językach – tak za karę chyba, wyrosło im po krosteczce.

Malcy poczuli, że przerosła ich już sytuacja. Na zażegnanie niesnasek wymienili się naklejkami z gumy (- „spójrz, nadal Cię lubię, a na dowód tego trzymaj moją ulubioną naklejkę z ferrari; okej, przepraszam, Ty masz za to porsche”). Wiedzieli jednak, że sami nie znajdą odpowiedzi na pytanie: dlaczego ręka czy język, czasem nie chcą słuchać się właściciela? I nawet wiedzieli, kto może pomóc rozsupłać tę zagadkę…

Rodzice siedzieli właśnie przy stole kuchennym. Bliźniaki cichutko wsunęli się do kuchni, i wtulili w mamusię i tatusia. – „Przepraszamy, że byliśmy dzisiaj tacy niesforni” – przyznali ze szczerym wstydem. – „Jak to właściwie jest, tatusiu, że kocham Gapcia najmocniej na świecie, a czasem ranię go uczynkiem czy nieopatrznym słowem?” – zapytał Czupurek z filozoficzną nieomal mądrością.

-„Hmmm, widzicie, nigdy nie jest prosto, gdy w grę wchodzą emocje… Najważniejsze jednak właściwie je rozpoznać, dobrze nazwać je głośno i – dopiero wtenczas – odpowiednio zadziałać. Kiedy jeden z Was jest zły, bo drugi wziął jego zabawkę – najpierw powinien zastanowić się, co czuje. Gdy uzmysłowi sobie, że właśnie ową wspomnianą złość, powinien – na przykład – powiedzieć: jestem zły, bo nie lubię, gdy ruszasz moje rzeczy; boję się, że coś mi popsujesz… rozumiecie?” – chłopcy pokiwali twierdząco główkami – „… pośpiech i impuls nie są nigdy dobrymi doradcami; łatwo można wtedy kogoś, nieumyślnie, skrzywdzić…”

A mama wtrąciła: -„Gdy czujecie, że gniew jest już nie do opanowania, zawsze można przechytrzyć go w inny sposób. A tu już macie nieograniczone pole do popisu: możecie złapać go w słoik i patrzeć, jak miota się tam, zamknięty, i – z czasem – zupełnie opada z sił. Albo – twórczo – przelać go na kartkę papieru, używając przy tym najbardziej krzykliwych i wyrazistych kolorów, jakie tylko macie pod ręką. Lub wyobrazić sobie, że spuszczacie z niego powietrze, jak z balonika, i staje się mniejszy, mniejszy, aż przestaje być gniewem, a staje się sflaczałą resztką emocji. W ekstremalnych przypadkach możecie również wyszaleć się, rwąc czy mnąc kartki papieru, boksując w specjalny worek czy też udając wojownika kung-fu, mierzącego się z niewidzialnym, powietrznym, przeciwnikiem. Najważniejsze to wyjść z nieprzyjemnej sytuacji z twarzą, nie sprawiając przykrości drugiej osobie…”

Chłopcy zrozumieli. Czupurek pojął, że to nie ręka nie chciała go dziś słuchać, ale to on niezbyt dobrze słyszał i potrafił nazwać swoje emocje…

Zasypiali spokojni, bo choć może dzień nie należał do najprzyjemniejszych, to niósł w sobie wiele mądrości i pokory. Wiedzieli też, że jutro nie zaskoczy ich już żadnym gniewem czy żalem, bowiem poznali dziś kilka technik radzenia sobie z emocjami… Co nie znaczy wszakże, że nie zadziwi ich czymś innym. Są przecież tylko małymi chłopcami i tak wiele muszą się jeszcze, w życiu, nauczyć…

14.07.08

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s