Gapcio i Czupurek. Tęczowy ołówek.


Żródło: pixabay.com/pl
Żródło: pixabay.com/pl

Gapcio i Czupurek siedzieli strapieni, z posępnymi minkami. Małe, zgrabne, acz kartoflane nieco noski, przyklejali – niczym wyżute gumy do żucia – do szyby. Od wewnętrznej strony nosiła ona ślady wczorajszego śniadania i papilarne zawijasy maleńkich paluszków (niezbity dowód na to, że spędzili tu ostatnio wiele czasu). Na zewnątrz rozpływał się jakiś dziwny, biały kształt. Zastanawiali się nawet, czy to przypadkiem nie resztka zeszłorocznego śniegu, ale nie… Dopiero w nieodległej przyszłości dowiedzą się, że to – po prostu – pozostałość po odwiedzinach jaskółeczki, która starała się ogłosić wieść radosną, że wiosna faktycznie tuż… tuż…

Nudzili się niesłychanie. Ileż można wyobrażać sobie przygody, którymi tajemnicza tafla szyby częstowała ślimaczki linii papilarnych? Albo liczyć kropelki spływające po okiennej przestrzeni? Fakt, deszcz piękny i inspirujący bywa, ale tylko wtenczas, gdy wiadomo, iż wkrótce słonko przywita się z radosnym: „witajcie! jak tam?” Można wtedy z rogalikiem (nadziewanym słodkim uśmiechem) na twarzy, radośnie krzyknąć: „witaj! o, jak miło Cię widzieć! pobawisz się z nami?” A teraz słońce albo pogniewało się, albo na wycieczkę wyjechało, albo baaardzo zaspało, tudzież rozchorowało się? Zwyczajnie nie pojawiało się, i to trzeci już dzionek. Nic dziwnego, że chłopcy naburmuszone mieli minki. Przeraźliwie dłuuugi, potwornie nudny, trzeci dzień, po tej, mniej przyjemnej, stronie szyby. W domu. A do tego, coś zaczęło przeszkadzać i drapać w gardełkach, jakby połknęli jakieś dzikie zwierzaczki, które skrobią teraz pazurkami, mówiąc: „wypuśćcie nas, wypuśćcie…” No i ta niemiła, klejąca woda, która wypływa z nosków, jak gdyby tamtędy ujście było do rozkosznej, upragnionej morskiej zatoki.

Kap… kap… kap… Każda kropelka płynęła swoim korytem ku parapetowej przystani. Niektóre, te mniej roztropne, stawały na rozstaju dróg, nie bardzo wiedząc, w którą stronę dalej – jakby nie dotyczyło ich prawo ciążenia i miały jakiś wybór: w lewo, na prawo, albo – podciągając się na drążku pragnienia – z powrotem w górę. Co niektórym nawet, jakaś Łaskawa Istota Wyższa, pomogła tego dnia odnaleźć swoją Drugą Połowę – krzyżując mokre ścieżki, łącząc tym samym roztańczone kropelki w szczęśliwe pary.

Ale bliźniakom jakoś ta radość nie udzielała się… Marzyli tylko o jednym – rozgonić w cztery strony tę upierdliwą nudę. Oswoić ją, ugłaskać, przekupić albo wymodelować w jakieś przyjemne i zajmujące zajęcie.

– „A może przyłożymy do szyby jakiś obrazek, przekalkujemy go na kartkę i pokolorujemy?” – zaproponował Gapcio.
– „Genialny pomysł!” – podchwycił rozochocony Czupurek – „… tylko… tylko… przecież nie mamy kredek, a jedynie same ołówki, a do tego z połamanymi rysikami, albowiem temperówkę przesialiśmy gdzieś w zeszłym tygodniu, pamiętasz?”
– „Uuuuu, prawda” – zmartwił się Gapcio.

Gdy na – zazwyczaj figlarnych – buźkach pojawiły się płaczliwe podkówki, Ktoś nie mógł już dalej tego znieść. Choć płochy był, i nieśmiały, pod wpływem impulsu, wyskoczył z kąta.
– „Aaaaaaaaa! Ktoś Ty?!” – krzyknęli, jednogłośnie, przerażeni chłopcy.
– „Ktoś” – odpowiedział, nie mniej zlękniony Ktoś.
– „Czemu nas przedrzeźniasz? To nieuprzejmie!” – Gapciowi nie spodobało się zachowanie tajemniczego towarzysza.
– „Nie przedrzeźniam” – odparł skrzacik.
– „To może jesteś echem?” – ciągnęli, coraz bardziej zaciekawieni, bracia.
– „Ależ nie! Już powiedziałem: Ktoś jestem; tak mam na imię” – spokojnie i rzeczowo tłumaczył cierpliwy Ktoś.
– „Hmmm, dziwne… A kim właściwie jesteś?” – niestrudzenie dopytywały bliźniaki.
– „Każdy dom ma swojego skrzata, takiego, który pielęgnuje i podsyca żar domowego ogniska, a od czasu do czasu zrobi jakiegoś psikusa. I ja, dawno, dawno temu zostałem przydzielony do Waszego właśnie mieszkanka. I skoro już jestem przy głosie, to nadmienię to, o czym już dawno chciałem napisać w raporcie i zgłosić na to zażalenie: oj, nieładnie, nieładnie, straszne z Was brudaski! Wstyd prawdziwy!…”

Chłopcy, mimo woli, zaczerwienili się, ale, żeby odwrócić od tego uwagę, Czupurek prędko zapytał: „pobawisz się z nami?”
Ktoś, jakby nie słysząc pytania, snuł dalej: „… ale bardzo się do Was przywiązałem, polubiłem Was i serce mi się kraja, gdy patrzę na Wasze smutne – od dni trzech – miny. I tak sobie pomyślałem…”
– „Co?! co?! coooo??!!” – wykrzyknęli wespół, niecierpliwi, chłopcy.
– „… tak sobie pomyślałem, że… ehhh, to chyba nie najlepszy pomysł…” – w głosie Ktosia wyczuwalna była nutka wahania.
– „To super pomysł! Super-hiper-ekstra!!!” – żachnęli się bracia, zapaleni, choć jeszcze do końca nie wiedzieli do czego.
– „Super?” – skrzat poczuł się doceniony i podbudowany – „No dobra, zabrać Was chciałem w pewno urocze i magiczne miejsce…”
– „Powiedziałeś: MaaaGiiiiCzneee?!” – Czupurkowi zapaliły się cudne iskierki w oczach.
– „Ale…” – próbował oponować Gapcio – „… przecież, bez zgody, nie powinniśmy sami nigdzie się oddalać…” – jęły przepływać przez niego słowa rozsądku.
– „Wiem, znam zasady panujące w tym domu. Ale nie będzie długo, ale za to bardzo bezpiecznie. Wszakem Waszym opiekunem, stróżem i dobrym duchem. Słowo honoru.”
– „Jak tak… yyy… zgoda… yyyy” – Gapcio nie był pewien czy dobrze czynią. Ale Czupurek nie miał najmniejszych wątpliwości: „Łaaał, fajoooowo!” – szczery uśmiech owinął mu się nieomal dookoła twarzy.
– „Dotknijcie tego zielonego kamyczka, zamknijcie oczęta i pomyślcie o czymś rozkosznie przyjemnym” – polecił Ktoś, a chłopcy – już z pełnym zaufaniem – wypełnili zadanie.

Gapcio pomyślał o morzu, o którym mama tyle opowiadała, obiecując jednocześnie, że kiedyś zarobi tyle pieniążków, że pokaże Ten Żywioł i ukochanym synom. Czuł ten skrzypiący piasek pod stopami, wiatr tańczący namiętnie w jego – przydługich już – włoskach, próbował zrozumieć mowę panujących tam mew i wypatrzyć galaretkę w fali liżącej czule jego stopy. Albo choćby bursztynowy okruszek, z zaklętym, pradawnym, robaczkiem. Poczuł też ciepełko, które rozlało się po całym ciałku, nie bardzo jednak wiedząc, czy to skutek dotknięcia zielonego klejnotu, czy to pieszczota nadmorskiego, wylewnego aż nazbyt, słonka.

Czupurek też zacisnął powieki i musnął dłonią malachitowe cudeńko. A o czym marzył? O niezdrowo wielkim kawałku tortu wiśniowego. O opakowaniu XXL kremu orzechowego. A wszystko tylko dla niego! Mmmmm… Ślinka mimowolnie spłynęła kącikiem malinowych ust. I odezwała się jakby maleńka, głodna, żabka w brzuszku…
Otworzyli oczy. Stali pośrodku bajecznej polany. Wokół, w wielkich i głębokich kałużach, odbijało się zachmurzone niebo. Kap… kap… kap…

Gapcio już otwierał buzię, by rzec, że cali przemokną, i przemarzną, i bardziej zachorują – ale spostrzegł, że wszyscy mają na sobie nieprzemakalne kalosze, ortalionowe peleryny i parasole unoszące się nad ich głowami. – „Rzeczywiście, troskliwy, opiekuńczy i odpowiedzialny ten nasz skrzaci anioł stróż” – pomyślał tylko.
I spytał, całkiem już głośno: „Gdzie my właściwie jesteśmy?” Niemalże kazał się uszczypnąć, ażeby pewność mieć, że nie śni w najlepsze…
– „Tam, za tym olbrzymim głazem, jest kres i cel naszej podróży” – poinformował ich nowy kompan, Ktoś.
Przyspieszyli kroku, marząc, by buty okazały się siedmiomilowymi, gdyż niecierpliwość wierciła niespokojnie dziurę, w ich – ciekawych świata – główkach. Za chwil parę byli już na miejscu.
– „Łoooooo… ” – ledwie słyszalny jęk podziwu, wydobył się z ich podrażnionych gardełek – „… ależ tu… cuuuudoooownieee”
– „Ożeż” – wymcknęło się Czupurkowi, na co – jak zwykle czujny – Gapcio, szturchnął go z gniewnie zmarszczonym noskiem (bowiem pamiętał, jak tatuś uczył ich, że to nieładnie tak mówić).
– „Pięknie tu, prawda? Jesteśmy u stóp Tęczy. Nie każdemu dane jest oglądać ją z tak bliska. Ale ja zabrałem Was tutaj w konkretnym celu: sięgnijcie do kieszeni…”
Bracia posłusznie wsunęli dłonie do dużych schowków w kurtkach. Wyciągnęli z nich ołówki. Powinni być zaskoczeni, co też one tam robią, skoro zostawili je rozrzucone na wykładzinie pokojowej; ale dziś był taki dziwny dzień, że chyba nic więcej już ich nie zadziwi.
– „A teraz dotknijcie nimi, delikatnie, tęczowej panny” – Ktoś zachęcił, onieśmielonych żywymi barwami, bliźniaków.
Poczęli wodzić ołówkami po kolorowej poświacie. Dali ponieść się fantazji, która z połamanych ołówków czyniła najpierw smakowite, puszyste lody waniliowo-czekoladowo-truskawkowe, przeistaczając je następnie w równiutko zatemperowane kredki. Cała gama barw. Wszak przecież o tym marzyli, nudząc się dzisiaj w domu!

– „No, na nas pora!” – życzliwy głos kochanego skrzata, otrząsnął z nich resztki zdumienia.
– „Poczekaj, drogi Ktosiu… Czy prawdą jest to, co mówią o dzbanku pełnym złotych monet, no wiesz, u podnóża tęczy?” – roztropnie zapytał Gapcio.
– „Taaa…” – uśmiechnął się maleńki ludzik – „… spójrzcie tam” – i wskazał na lśniącą górkę błyskotek.
– „Czy możemy…?” – nie zdążył dokończyć Czupurek, a już Gapcio – uprzedzając pytanie – ofuknął brata: „Czupurku, nie pamiętasz, czego uczyła nas mama o wstrzemięźliwości?”
– „Ależ nie, weźcie sobie po pieniążku, tak na pamiątkę, abyście nigdy nie zapomnieli tej wyprawy” – zaoponował Ktoś – „Ale prędziutko, i zbieramy się, na nas już pora…”
Wyciągnął maleńki, zielony odłamek, a chłopcy wiedzieli, co należy czynić…

Z powrotem znaleźli się w, tak dobrze znanym, pokoju. Zniknęły gumiaki, peleryny, parasole. Ale w maluczkich rączkach, zaciśniętych mocno, tkwiły kolorowe, tęczowe, zaczarowane kredki. Z kieszonek wysypał się złocisty bilon.
– „Aha, i jeszcze coś… To chyba też Wasze?” – Ktoś podsunął im zaginioną temperówkę. A do tego jeszcze: autko (dawno już zapomniane), kilka klocków i skarpetkę z króliczkami, która jakby wcześniej zapadła się pod ziemię.
– „Dziękujemy. I wiemy, co powinniśmy powiedzieć (i naturalnie dotrzymać): zobowiązujemy się już tak nie bałaganić i wszystkie rzeczy odkładać, skrupulatnie, na swoje miejsce.”
– „Myślę” – roześmiał się opiekun domu, jednocześnie szykując się do pożegnania sympatycznych bliźniąt.
– „Ale odwiedzisz nas jeszcze, prawda?” – atmosfera znowu zrobiła się melancholijna, niczym deszczowa aura.
– „Jasne! No, ale teraz nosy do góry i zabierajcie się za tę kolorowankę! I nie chcę już widzieć pochmurnych Waszych lic! Przyjemnej zabawy! Do zobaczenia!” – Ktoś usłyszał krzątaninę w kuchni, zatem – czym prędzej – czmychnął za biurko.

Chłopcy popatrzyli po sobie. Za oknem słonko powolutku i nieśmiało, jakby z ociąganiem, wyłaniało się zza chmurek. Pewnie wkrótce zapuka w szybę, z wytęsknionym: „witajcie!”
– „Powiemy rodzicom?”
– „Heh, niby powinniśmy… ale… eeee…, i tak nam nie uwierzą; są na to… yyy… za dorośli”. I jak na komendę, obaj, jednocześnie, wsunęli głębiej, w kieszeni, złotem kapiące monety.

Do pokoju zapukała mama. – „Jak się czujecie, dzieci? Przyniosłam Wam syropek!”
– „W porządku, mamuś” – zakrzyknął zgodny duet.
Choć mama dałaby sobie uciąć rękę, że przechwyciła w ich spojrzeniach coś, jakby cień figlarnego, a nawet: zawadiackiego, uśmiechu…

6.07.08

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s