Gapcio i Czupurek. Kamyczek.


Żródło: pixabay.com/pl
Żródło: pixabay.com/pl

Gapcio założył się z Czupurkiem, kto nazbiera więcej ładnych kamyczków. Przegrany stawia, z pieniążków uskładanych w swojej skarbonce, duuuużą porcję lodów włoskich z cud-polewą truskawkową.
Czupurek miał farta i w mgnieniu oka napotkał na swojej drodze dwa dorodne, wytworne krzemienie. „Popatrz, Gapciu, mógłbym z nich nawet wykrzesać parę skierek, potrzebnych do rozpalenia ogniska; tak, gdyby nam skostniały nieco paluszki” – rzekł ożywiony i zadowolony ze znaleziska Czupurek.

Może i te krzemienie były kamieniem węgielnym w rozwoju wartkiej akcji ich zakładu, ale posępny – i jakby nie było: zazdrosny troszkę – Gapcio, nie miał najmniejszej ochoty ciągnąć tego tematu. Tak bardzo starał się dorównać bratu, że z tego chcenia, nierozgarnięty chłopiec, zamyślił się i potknął…

„Ehhhh…” – westchnął i ze złością kopnął kamyk, o który właśnie uderzył się. Nijak ten odłamek skalny nie miał się do skarbu Czupurka. Był mały, chropowaty, szary i przeraźliwie brzydki, bez wyrazu.
„Ojej” – usłyszał jakiś cieniutki głosik, dobiegający z ziemi, od strony, w którą potoczył się maleńki głazik.
Gapcio spojrzał tam i zdumiał się bardzo. Przetarł oczka. No nie, toż to jęknął właśnie ów sprawca potknięcia się!
„Czemu mnie kopnąłeś?” – spytał, jakby nigdy nic, a Gapciowi aż odebrało, na chwilę, mowę.
„Yyyyy…” – dukał, oniemiały – „… myślałem, że jesteś zwykłym kamieniem”.
„Bo jestem” – odparł Kamyczek – „Czy to, że Ty jesteś zwykłym chłopcem zobowiązuje do tego, aby kopać Cię, tudzież sprawiać Ci ból w jakikolwiek inny sposób? Nie! Zatem: nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe!” – ciągnął – „I choć, jakem rzekł już, zwykłym kamieniem jestem, serca jak pospolity głaz nie mam, i nie mógłbym skrzywdzić Ciebie, choć Ty uczyniłeś to mnie”.
Gapcio zawstydził się i poczuł jak pąsy idą od dołu do góry, niczym para w kotłującym się od gorąca czajniku. Osiągnęły już punkt kulminacyjny i właśnie, z głośnym gwizdem, całe zażenowanie ulatniało się płonącymi uszkami. „Przepraszam” – cichutko wysyczał, naprawdę nie lada zakłopotany.
„Dobrze już, dobrze” – Kamyczek już dawno zapomniał wszelkie winy swojemu niedawnemu oprawcy, zdejmując tym samym kamień z serca zatroskanego chłopca.
„Nie jesteś chyba w najlepszym nastroju” – Kamyczek, choć może niezbyt urodziwy, za to bystry był i spostrzegawczy.
„Taaaa. Założyłem się z bratem, kto będzie miał lepszy zbiór kamyków. Ale idzie mi faktycznie… jak z kamienia” – żale popłynęły wartkim strumieniem.

Kawałeczek bryłki, chcąc oderwać chłoptasia od posępnych myśli, zaczął opowiadać mu o swoich przygodach. Jak to wylądował na dnie jeziora, gdy jakiś urwis począł puszczać nim kaczki na wodzie. O lawinie, którą nieopatrznie spowodował, gdy – na skutek przeziębienia – kichnął i potoczył się spadzistym zboczem, ciągnąc za sobą niezliczone rzesze znajomych bliższych i dalszych. O tym, że w zamierzchłych czasach opalał się właśnie, gdy usłyszał pamiętne słowa: „kto jest bez winy, niechaj pierwszy rzuci kamieniem” (już skulił po sobie uszy, albowiem nie zamierzał nigdzie lecieć, ale – o dziwo – nikt jakoś po niego nie sięgnął). Nawet kiedyś wdarł się do czyjegoś buta, tak z czystej ciekawości, a potem przez pół dnia wzajemnie siebie ugniatali – ktoś deptał jego, on zaś uwierał tego ktosia. Mówił o braciach i siostrach, z których wznoszono kościoły, budowle, mury; i łkać począł rzewnie, gdy doszedł do słów, iż gdzieniegdzie zniszczono wszystko doszczętnie, tak, że nie pozostał kamień na kamieniu…

„Czy chciałbyś zostać moim talizmanem?” – wypalił Gapcio, czując, że znalazł nie tylko to, czego szukał, ale i wiernego kompana dziecięcych chwil.
„Jeśli tylko nie będę ciążył w twej kieszeni, to chętnie, bardzo” – Kamyczek rozpromienił się.

Tymczasem dobiegło ich, zbliżające się wciąż: „Hop hooop, Gapciu, gdzie jesteś?”
„Oooo, tutaj! Jużci myślałem, żeś przepadł jak kamień w wodę…” – Czupurek z impetem wyskoczył, z zarośli, wprost na brata – „I jak Ci poszło?” – zapytał, i na dowód tego, że on nie próżnował, począł wyrzucać z kieszeni masę kamyków: rozmaitych kształtów, niespotykanych kolorów, o powierzchni gładkiej bardziej czy mniej. Nagle dostrzegł Kamyczek, ściskany kurczowo, w ręku brata. „To wszystko?!” – skrzywił się z niesmakiem i lekkim jakby niedowierzaniem. „Wygrałem! Stawiasz lody!” – pokrzykiwał, bez opamiętania.
– „W porządku, niech Ci będzie…” – Gapcio nie zamierzał się spierać – „ale pamiętasz, jak mama czytała nam taką książeczkę, w której padły słowa: „Ty masz jakieś tam kamienie, za to Mój Kamyczek ma duszę…”?”
Czupurek popatrzył tylko na brata z ukosa, niewiele rozumiejąc z jego dziwnych dywagacji. Cieszył się jednak niesłychanie na myśl, że jego skarbonka zostanie nienaruszona, a te lody… Mmmmm, już mu ciekła ślinka…
A Gapcio przepełniony był spokojem i radością, że oto zyskał nowego przyjaciela. A lody – faktycznie – należały się bratu, bo okazy, które przytachał, no no… będą się wspaniale prezentowały na ich wspólnej Półeczce Zdobyczy Wszelakich. A na lody to i on ma już nie lada chrapkę…

„To chodźmy, nie ma na co czekać!” – zakrzyknął, przytuliwszy jednocześnie swoje skromne, acz bezcenne przecież, znaleziątko…

6.07.08

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s