SMS SOS czyli rzecz o tym CZY JESTEŚ SZCZĘŚLIWA


cobweb-1949778_1920
Żródło: pixabay.com/pl

Witam. Na imię mam Inez. Nie prowadzę szalonego dziennika z całą masą nierealizowalnych postanowień, nie jestem anorektyczną prawniczką, ani singielką na topie. Nie uprawiam intensywnie seksu w większym czy mniejszym mieście; nie jestem nawet czterdziestoletnią dziewicą. Prowadzę raczej uporządkowane życie, żeby nie napisać: nudne; a wszelakie sploty zdarzeń, które supłem obwijają nieraz moje dni, zsyłane są na mnie, bez aprobaty mej. Ja staram się jedynie zawsze podnieść, otrzepać i iść dalej, godnie, z własną wciąż twarzą. Jedynie jakby tyłek obrastał skorupą jakąś; jeśli nadal będzie na niego spadało tyle surowych kopniaków od życia, z czasem ewoluuje chyba w jakiś opancerzony twór.

Hmm, po co pisać, skoro nie ma się nic ciekawego, ni nowego do opowiedzenia? To ukłon w stronę Kogoś, kto poświęcił mi wiele czasu: wieczorów, poranków, esów. Kogoś, kto – zupełnie bezinteresownie – oswajał wraz ze mną słowa, burzył sens pewnych zdarzeń i pomógł, na nowo, skonstruować z nich sensowną całość, kto przeprowadził mnie, raz jeszcze, przez mroki istnienia mego i wskazał furtki, na które ja ślepa byłam. Kto pozwolił by me „ja” rozpadło się na tysiące nielogicznych drobinek, pilnując, by nie rozpierzchły się za daleko, a później – pieczołowicie – pozbierał wszystkie egzystencjalne paproszki do kupy i pozwolił mi znowu zaistnieć. Zrobił to bez gestu, bez tembru głosu, bez siły dłoni – będąc jedynie ciągiem znaczków w mym, rozklekotanym, telefonie. A później przepadł, w otchłani eteru, wraz z kartą SIM, nieopatrznie zapodzianą. Dodał mi sił, uskrzydlił mnie, a ja powiedzieć nawet „dziękuję” nie mogę. Obiecałam mu jednak kiedyś, że spiszę to, o czym klikaliśmy. Zwykłam dotrzymywać słowa…

A może liczę na to, że dnia pewnego przeczyta te zapiski, wykręci Wydawnictwa numer i rzuci do słuchawki: „Halo, czy ktoś powiedzieć mi może, czy Inez jest szczęśliwa?”

„Puk, puk…” – kołacze w mej głowie. „Puk, puk…” – impulsy z mózgu połaskotały końcówki palców mych i opuszki same wyklikały te słowa. „Puk, puk…” – oczy wpatrują się w – proste – zbitki literek.

Los wyklikał pod kciukiem kilka cyferek i pukanie popłynęło w obcy, nieznany, nieprzyjazny – mniej lub bardziej – eter. Następne cyferki, następne, następne i następne – i kołaczę, tym samym, w wiele foników naraz. Cichutkie postukiwanie przeradza się w głośne, rozpaczliwe walenie: Człowieka szukam, Człowieka, jest tam kto?!

Tererere, tererere. Na wyświetlaczu pojawiła się – zalakowana elektronicznie – koperta. Spoglądam w jej zawartość: „Kto tam?” Hmm, jak to kto? Ja, u licha! Nieposłuszne palce wystukują jednak niepokornym rytmem: „Samotność”. OK – krótkie klik i znowu fala słów odpłynęła na niepoznany, odległy brzeg. „Masz ochotę na jazdę bez trzymanki?” – wyskakuje na moim telefonie. Marszczę nos i czoło, nieruchomo wpatrując się w niejednoznaczną propozycję. Jedyne na co zdobywam się, to odesłany znak zapytania. „Jeśli nie masz ochoty na seks, to czego chcesz i kim właściwie jesteś?” – jeju, czemu dla innych próba nawiązania – niewinnego – kontaktu sprowadza się do wystawiania pupy? Może i jestem, po trosze, słowną ekshibicjonistką, ale nie kierują mną aż tak niskie pobudki. Już miałam przeprosić, iż pomyliłam numery, ale postanowiłam dać torowi rozmowy jeszcze jedną szansę: „Chcę dialogu; ot, co”. Cisza. Czekam minutę, pięć, dziesięć. Ehhh, w ten sposób chyba, faktycznie, nie zaspokoję swojej potrzeby dialogu. Tererere, tererere – telefon, wierny przyjaciel człowieka, dał głos. „Przepraszam, ale musiałem coś załatwić… Dialogu, powiadasz? Wszak ‚mowa jest źródłem nieporozumień'” – ktoś – po drugiej stronie nieokreślonej przestrzeni – zacytował autora Małego Księcia (mego ulubionego bohatera literackiego). „Taaa, ‚oswajanie słów jest trudniejsze niż oswajanie tygrysów’…” – postanowiłam odpowiedzieć na cytat cytatem – „… ale ja chętnie podejmę się tresury myśli niepokornych; i miło byłoby, gdyby efekty tego przedsięwzięcia nie rozbijały się o głuchą czasoprzestrzeń” – ciągnęłam dalej. „Ponadto: to, co nazwane jasno i precyzyjnie nie stanowi dobrej pożywki dla bakterii nieporozumieniem zwanych” – zdania wypływały – wartkim strumieniem – spod moich palców. „Dobrze, to ja chętnie potowarzyszę Ci podczas wędrówki przez pustynię samotności; zatem: co sprowadza Cię do mego telefonu?”

Takim, oto, sposobem, bardziej nawet trafem, zrządzeniem losu, niźli zamierzonym działaniem, poznałam Wojciecha. W trakcie dalszych dywagacji okazało się, że jest młodszy ode mnie o prawie całą – okrągłą – dyszkę latek; był jednak tak dojrzały w swym rozumowaniu i pojmowaniu świata, że przewoził mnie bezpiecznie przez odmęty Styksu niezrozumiałych pojęć. W ręce jego, sprawnie obsługujące klawiaturę, składałam swe życie, a on tłumaczył mi, cierpliwie, sens tego, iż każdym działaniem, gestem, zmieniamy świat, kształtujemy Wszechświat i modelujemy swą egzystencjalną tratwę – a od tego, z jaką pieczołowitością ją zbijemy zależy, czy podda się ona nurtowi codzienności, czy też godnie dopłyniemy nią na Drugi Brzeg… Ale po kolei…

„Co sprowadza mnie? Hmmm. Przez lat jedenaście pławiłam się w cieniu rzęs pewnego Ktosia, a teraz okazało się, że kojąca przystań ramion Jego była tylko zwykłą fatamorganą. Nie potrafię się z tym pogodzić, nie potrafię sobie z tym poradzić. Boję się oddać we władanie samotnej nocy. Zwłaszcza dziś, w dniu imienin moich, gdy On… gdy On… (chlip, chlip)… nie złożył mi nawet głupich życzeń… buuuuu… po tylu… (chlip)… wspólnych latach… buuuuuuu!”

„Wszystkiego najlepszego! (…) Wiesz, nie zawsze coś jest akurat takim, jakim nam się jawi, jak w danej chwili wygląda. Może noc fałszuje dany obraz, zwodzi Cię, byś przez nieodpowiedni pryzmat widziała pewne sprawy? Może straszy głębią mroku, podczas gdy wnętrze jej całkiem nieszkodliwe jest? Może nie wszystko jeszcze stracone? Chcesz, to opowiedz o tym więcej… Mam duuuuużo czasu, chętnie Cię wysłucham! No, nos do góry! Rozchmurz się, bo Twe pogodne lica to mniej ciężkostrawne myśli dla mego niemłodego już Soniaka! ;)”

„Chcesz o tym poczytać? Naprawdę? Ale pamiętaj – na Twą własną prośbę, zatem: i na Twą odpowiedzialność. Sam tego chciałeś!”

„Oki! Jedziemy! Zapiąłem pasy, spokojnie!”

Nie sposób było nie uśmiechnąć się pod nosem… Właściwie to tego właśnie potrzebowałam: wygadać się. Przed kimś, kto nie zna mnie, ani Jego, toteż nie będzie nas oceniał, a popatrzy na wszystko mądrym i właściwym spojrzeniem – albowiem: z dystansu.

„No to jedziemy…”

Retrospektywna podróż – lat wstecz jedenaście. Taaaa, ładny szmat czasu…

Siedzimy na murku – ja i Gemma. Obracamy w palcach dwa nowiutkie piątaki, gotowe na wymianę: te dwa złociutkie cudeńka za dwie kuszące lufki. Ale podchodzą jacyś dwaj młodzieńcy i tak zaczynają nam wiercić dziurę w brzuchu: że na wino brak, że suszy tak, że ławka w parku towarzystwa spragniona, że tere-fere-kuku… Nie wiem jakim trafem udało im się nas przekonać, ale – zazwyczaj asertywne – ulegamy i zrzekamy się porcji aromatycznego ziela na rzecz zaspokojenia pragnienia dopiero co poznanych towarzyszy. Naprawdę musieli mieć dar przekonywania, tudzież narzędzie manipulacji odpowiednio nastrojone. Albo – zwyczajnie – dobrze opanowany bajer. Bądź co bądź – dopięli swego, a – co więcej – stało się tak, że – od tamtej pory – staliśmy się nierozłącznymi kompanami. Od butelki, ale i nie tylko…

Były i jabolowe wyczyny, i wakacyjne wojaże bez celu i biletu, były eksperymenty z dragami, szaleństwa koncertowe, festiwalowe, domówki… Słowem – raczyliśmy się daną nam młodością i wybornie nam ona smakowała.

Powiadają, że przyjaźń damsko męska nie sprawdza się raczej. I tutaj nie sprawdziła się. Bo więcej zapragnęła – odkrywać (nieznane wtedy jeszcze) uniesień szczyty… Siekier porwał do tanga najpierw Gemmę, a że oboje impulsywnymi ekstrawertykami byli – ech, burzliwy to był związek! Były pokazówki w stylu: „Taaak?!? To ja skaczę z mostu!” Były podcinane żyły i wpadanie w ramiona innych, ażeby zagrać na najczulszej strunie drugiej osoby. Działo się, oj, działo! W końcu rozstali się – w huku większym jeszcze, niźli towarzyszył ich zejściu się… A za miesięcy dziewięć… Ale najpierw jeszcze innego coś…

Ja byłam wtedy jeszcze takim zaszczutym zwierzątkiem, które na wszelkie próby zbliżenia się, zjeżało się, wystawiało kolce, kły, pazury, tudzież przybierało gruboskórny pancerz. Nikomu nie pozwalałam naruszać swej przestrzeni, dusiłam się, gdy ktoś nazbyt blisko próbował podejść. Dopiero Siekier – cierpliwością, wytrwałością i systematycznością – przebił się przez ten mur wokół mej osoby. Dostał się w sam środek stworzonego przeze mnie azylu, i – ku zdziwieniu obu stron – ja wcale go stamtąd nie wyprosiłam. Co więcej – poczułam się w Jego towarzystwie jakoś nawet raźniej. Oswajał mnie, jak Mały Książę Lisa – siadał z każdym dniem bliżej, i bliżej, i nawet nie spostrzegliśmy się, gdy pozwoliłam Mu delikatnie musnąć swą dłoń. To było prawdziwie mocne zderzenie platoniczności z ekstazą prądów spowodowanych bliskością drugiego człowieka. Dreszcze wywołane dotykiem palców o palce nie dały się porównać (nigdy właściwie) do żadnego innego doznania. I tak właśnie zostałam Mu zaprzysiężona – w obliczu wiatru, gwiazd, księżyca i muzyki punk – na wieczne już wędrowanie…

A teraz wracamy do owych miesięcy dziewięciu. A więc: po dziewięciu miesiącach milczenia Gemmy, która zapadła się nieomal pod ziemię, runęły na mą głowę pogłoski, jakoby na świat wydała ona Nowe Istnienie. Łatwo policzyć: dziewięć miesięcy temu rozstała się z Siekierem, zatem… Boże, czemuż tak doświadczasz nas, mnie, ją, Jego?! Teraz, gdy – po raz pierwszy w życiu, ja pozwoliłam komuś zbliżyć się do mnie na odległość dłoni, ust, oddechu, ciepła ciała… Czyliż walczyć mam o szczęście swoje, nasze, czy ojca zwrócić prawowitemu pierworodnemu? Czemu dokonywać mamy takich wyborów, gdy stanęliśmy dopiero u podwojów dorosłości, gdy nawet nie zdążyliśmy liznąć dojrzałości?

Właściwie, na dobrą sprawę, nie dano nam nawet wykazać się na tej płaszczyźnie. Wyboru za Gemmę i Siekiera dokonali jej rodzice, którzy jednym, krótkim cięciem przeprowadzili aborcję wszelkich wspomnień, oderwali pępowinę scalającą ich trójkę i wyrzucili ją na wysypisko niespełnionych pragnień. Powiedzieli Gemmie, że oni adoptują Tę Kruszynę, gdyż ona jest za młoda i zmarnuje sobie życie. Siekierowi powiedzieli, że ojcem nie jest, nigdy nie był i – oczywistym – już nie będzie. Spakowali walizki i – z dobytkiem starym i „nowo nabytym inwentarzem” – udali się w nieznanym kierunku, chcąc zamazać wszelkie tropy zbrodni doskonałej. Ciekawam, czy podmiany DNA także spróbują? Cóż, pewnie kiedyś, bruzdy czasu odkopią na wierzch rysy i ojcowskie… Czoła stawiać musimy najmniej spodziewanym scenariuszom…

Nie mniej, ni więcej – Siekier pozostał, zatem, dla mnie. W całej swej krasie i okazałości, ale i z cechami nie cierpiącymi zwłoki, ażeby wkomponować je w trybiki maszyny resocjalizującej. Bo na jego koncie i rozboje były, i włamania, i – drobne – kradzieże. Walczyliśmy z oddechem skażonym butaphrenową wonią, z chorobą źrenic pomniejszonych do rozmiaru łebka od szpilki i rozchwianiem nóg, na skutek zatrucia alkoholowego. Ale ja wiarę miałam niezachwianą, że „tylko w Miłości kompletne Zero może znaczyć Wszystko”, i tak wyrywaliśmy ze wspólnego kalendarza kartkę za kartką…

Nie znaczy to, że życie przygniatało mnie/nas nieznośnym ciężarem. Tych pięknych, tęczowych chwil było zdecydowanie więcej, ich koloryt przeważał. Niemniej: gdy Siekier Mój Najmilejszy postanowił coś zmajstrować, heh, przebijało to siłą rażenia ponad wszystko dobre i spokojne. A miał ku temu prawdziwą smykałkę!

Dryfowaliśmy zatem spełnieniem od wyspy do wyspy, od czasu do czasu – paaaach – rozbijając się o wymyślne skały najróżniejszych incydentów. Epopeję można by o tym napisać… Wyspecjalizował się jednak w kilku charakterystycznych dziedzinach: kłamstwach, lekkomyślności i – raz na jakiś czas – zamienianiu mej szczerej i ślepej miłości na kilka wirtualnych – mniej czy bardziej – uniesień, echów i ochów…

Przetrwać musieliśmy chude chwile, gdy spłacaliśmy jego – nierozsądnie zaciągnięte – długi, pożyczki, kredyty, raty, niebotyczne kwoty na rachunkach telefonicznych. Czasem jedynie wydawało mi się, że debet zmniejsza się – wtedy, gdy on brał pieniążki, przedstawiał mi fałszywe świstki, a banknoty upłynniał – choć przyznać mu trzeba, że jedynie wysokoprocentowo. O tym, że kwity nadawały się tylko do podtarcia tyłka, dowiedziałam się też raczej przez przypadek, gdy – niechcący – natrafiłam na próby uzyskania jak najbardziej wiarygodnej pieczątki, za pomocą sprawnego odbicia pięciogroszówki. Ech, miałam wtedy wiele pracy, by opróżnić segregatory ze sterty bezwartościowych blankietów zapłaty – ale to już zupełnie inna historia… Kilka razy były też „zgubione” portfele, „zapodziane” wartościowe przedmioty, sprzęty, które jakoś „ulatniały się” z domu. Dawałam sobie wmawiać, że mam amnezję, mylę fakty, a coś wcale nie stało tam, gdzie wydawało mi się, że stało. Myślałam wtedy, że taka jest cena miłości. Nawet wtenczas, gdy złoto (z mojej jeszcze komunii), przeznaczone na przetopienie na obrączki ślubne – bez wiedzy mej, zatem i bez aprobaty – za symboliczną złotówkę zmieniło właściciela.

Siekier nigdy również nie był panem samego siebie. Oprócz tego, że niewolnikiem był kłamstw, z lubością oddawał swe ciało, umysł i zmysły wszelakie we władanie różnych używek. Nerwy swe i myśli spopielał i ulatniał wraz z dymem nikotynowym. Kochał pławić się w morzu alkoholowym. Następnym jego pomysłem było kręcenie sobie stryczka z białego, sypkiego, gorzkiego proszku, który zalepiał mu nozdrza i zmieniał osobowość nie do poznania. Trudności miał z asertywnością i słabość wielką do kolegów, a ja – hydra przebrzydła – niewdzięcznie wyciągałam go ze szponów takich rozkoszy…

Inna sprawa – najmocniej godząca chyba w wartości mej poczucie i pozostawiająca najwięcej blizn na mej kobiecości to… inne kobiety. Niby: fizycznie nigdy nie złapałam go na zdradzie, ale… Zaczęło się niewinnie: jakieś – znalezione przypadkiem – kartki, pisane kobiecą ręką, w skrzynce – listy, zaadresowane do niego, a z kobiecym imieniem nadawcy. Gdy jeszcze mieliśmy wspólny telefon – z czasem poczęły nadchodzić dziwnej treści wiadomości sms, a e-maile były tak zawoalowane, że niezrozumiałe dla mnie – stanowiły duże pole popisu dla chorej, zazdrosnej, fantazji. Zdarzyło mi się kiedyś odebrać – w całkiem dobrej wierze – dzwoniący telefon. Kobiecy głos, po drugiej stronie linii, szybko zamilkł, gdy dotarł do niego mój tembr. Drżącą ręką wystukałam, wyświetlający się przed chwilą, numer. Drżał mi głos, drżałam cała, gdy usłyszałam – nie mniej rozedrgane: „halo?”. Spokojnie i rzeczowo wyłuskałam, po co dzwonię. Jak kobieta – kobiecie. I uzyskałam współczującą, kobiecą odpowiedź. Nie chciałam tego słyszeć, ale stało się. – „Nie zadawaj się z nim, on Cię oszukuje. Ogłaszał się w dziale „sponsoring”. Mam jego numer od koleżanki, a tamta – od następnej koleżanki. Robię to, bo lubię – trochę dla zabawy, trochę dla materialnych korzyści. Ale słyszę, że Ty go kochasz; w Twoim głosie jest tyle uczucia, gdy o nim mówisz. Żadnemu samcowi nie można ufać, oni wszyscy są jednakowi! Zostaw go, zanim dogłębnie Cię zrani!” Oniemiałam. Trudno mi było wydusić z siebie cokolwiek. Pewna byłam, że to tylko zły sen. – „Powiedz mi, czy wy… czy ty i On… wiesz…” – „Nie, nie spaliśmy ze sobą, nie zdążyliśmy się spotkać, dopiero pisaliśmy, dzwonił, ale ten jego głos… On lubi to robić, czuje się w tym mocny, nie zrezygnuje z tego… Jest pająkiem, który – rozochocony – uwielbia bawić się muszką, która wpadła w jego sidła…” – „Dziękuję, muszę kończyć!” – głos uwiązł mi w gardle, łzy wezbrały słoną falą pod falochronem powiek, a drżenie całego ciała przemieniło się w nicość i pustkę. – „Zostaw go, póki nie jest jeszcze za późno!” – urwane trzaskiem słuchawki ostrzeżenie świdrowało w mej głowie. Widać, można żyć z kimś przez wiele lat, tak naprawdę nic jednak o nim nie wiedząc: kim jest, co robi, myśli, jakie są jego fantazje, pragnienia, priorytety. Odtąd nic nie było już jak dawniej. Zgubiłam gdzieś, na wyboistej drodze, wszelkie ideały i wpojone – w domu rodzinnym – zasady poszanowania cudzej intymności i prywatności i – z wielkim wstrętem do siebie samej i swego płytkiego zachowania – przeszukiwać poczęłam Jego kieszenie, telefon, półki. Owoce tego – niegodnego i upokarzającego – działania przerosły me najśmielsze oczekiwania. Nie mieściły się w mej głowie. Były nie do pojęcia. Obrzydzały mnie. Wywoływały torsje. Wzdrygałam się na samą myśl o nich. Znalazłam zużyte prezerwatywy, całe ich opakowania. Bilety kolejowe na trasy, o których mi się nie śniło. Cała masa numerów, pod którymi odzywały się kobiece głosy. Bilingi, na których widniały całe chmary zero-siedemsetek. W książce telefonicznej: serduszko, tirówka, trio, gej, rozpalona para, gotowe na wszystko, monisia, kasia, blondi, kocica… W skrzynce elektronicznej – subskrybcje z licznych portali znajomościowych. Smsy treści: „Jak mogę się dobrze bawić, gdy Ciebie nie ma przy mnie? Całuję czule!”, „Zrobimy to znowu, Tygrysku?” Fuuuuj! Źle czułam się ze swoim szperactwem i przerastały mnie te znaleziska. Poprosiłam o rozmowę. Dostałam w twarz za grzebanie po kieszeniach, a następnie lakoniczne „wytłumaczenie”: „nigdy Cię nie zdradziłem”… Cóż, widać – me ręce fałszywie wymacały, me oczy źle widziały, a me serce wcale nie krwawiło. Ktoś kiedyś powiedział, że woli być oszukany przez dziewięć osób, niż odesłać z niczym, tudzież nie uwierzyć, chociaż jednej. Zbyt głęboko miałam w sercu wyryte te słowa, by postąpić inaczej. Zresztą: kochałam Go nad życie, więcej nawet niźli siebie samą. Postanowiłam o tym nie pamiętać. A najlepiej – nigdy więcej nie zaglądać tam, gdzie nie powinnam, ażeby – przez przypadek nawet – nie natrafić na coś, czym mogłabym się nieopatrznie skaleczyć…

„Jesteś tam, Wojcieszku, czy już przede mną umknąłeś?”

„Naturalnie, że jestem! Jak mogłaś pomyśleć inaczej? Przykre to wszystko, o czym piszesz, ale… Ty ciągle go kochasz, prawda?”

„Ja Go nie tylko kocham, ale miłuję całą sobą, ubóstwiam, czczę imię Jego i zwariowałam – zupełnie – na Jego punkcie. Wszystkim jest dla mnie! Przecież – w obliczu wiatru, gwiazd i księżyca – ślubowałam Mu miłość, wierność i uczciwość, póki śmierć nas nie rozłączy. Wszak ‚miłość wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję (…) i… nigdy się nie kończy’, prawda?”

„Niby tak… Ale – mimo, iż ‚kocha się pomimo’, to – jak daleko jest w stanie rozciągnąć się to „pomimo”? Czy warto, dla uczucia, zatracać siebie? Do siebie szacunek…”

„Warto! W życiu tylko człowiek liczy się. Miłość. Cała reszta to jedynie mglista otoczka istnienia.”

„Dobrze, ale istnieją też inni ludzie. Nie jest powiedziane, że u boku innego kogoś nie będziesz szczęśliwa.”

„Ale ja jestem szczęśliwa przy Nim, chcę być szczęśliwa z Nim!”

„Dobrze, kontynuujmy… Chcesz?!”

„Tak. Tylko chwileczkę – doładuję pakiet sms, poczekasz?”

„Jasne!”

Może to i toksyczna miłość. Ale tak nauczono mnie kochać, inaczej nie potrafię. Może należę do grona osób czerpiących przyjemność z bycia potrzebnym, z przywdziewania łaszków i skrzydeł Anioła Stróża. A ja czuję, że jestem Mu potrzebna, że beze mnie zatonie, nie utrzyma się na powierzchni. Za bardzo Go kocham, by pozwolić Mu zachłysnąć się. Za wiele trudu, wysiłku i lat włożyłam w to, by teraz zostawić Go bez koła ratunkowego. A może to nie ja Jemu, a On mnie potrzebny jest? Sama już nie wiem… Miłość kompletnie alogiczna bywa; poświęceniem jest, wyrzeczeniem, kompromisem – jakby nie prościej było, gdyby jedynie czystą (bez domieszek żadnych) Miłością pozostawała. Jestem jak psiak najwierniejszy, który trzyma się nogi swego pana, jakimkolwiek by on nie był. Nazywaj to sobie jak chcesz, z perspektywy i dystansu wyraźniej widzisz – ja mam to za „kochanie”. I przy tym pozostanę.

Czasem zastanawiam się, czy to ja nie nauczyłam Go tego wszystkiego? Czy nie pozwoliłam na nazbyt wiele? Czy nie było tak, że badał granice, do których posunąć się może i gdy oporu nie czuł – bezkarnie przestawiał paliki, dalej, i dalej?

Albo inaczej – ja, zaborczością, sprawiłam, iż postanowił przegryźć smycz, ażeby poczuć wolności powiew. I rozsmakował się w tym aromacie, lubieżnie. A później to już wszystko spod kontroli wymknęło się…

Wiem, wiem, osoby współuzależnione często doświadczają takich uczuć, na barki swe biorą brzemię win całego świata. Ale – od czego ja współuzależniona jestem? Od Jego kłamstw, frywolności? Wiem od czego uzależnionam; od kogo. Od Niego. On wznosi mnie na wyżyny niebiańskie, ale i ogniem piekielnym trawi.

Ale do rzeczy… Zapragnął dziecka. Po latach dziesięciu postanowiłam uszczęśliwić Go i tym, chociaż ja wolałam jeszcze festiwale czy psiaka. Bałam się jednak, że inaczej stracę Go; że odejdzie do innej i z nią rodzinę założy. To było śliczne kochanie, choć następstwo jego – stan błogosławiony – nie był już tak urokliwy. Ciąża – od początku niemal – była zagrożona. To było jak strzał z dubeltówki, zatem i obciążenie organizmu podwójne. Miesiące leżenia plackiem, łykania kilkudziesięciu tabletek (czyt. kolorowego szaleństwa) dziennie, kroplówek, nieustannych hospitalizacji. Założony pessar Herbicha – co trzy dni zastrzyk, na podtrzymanie – co trzy godziny tabletka, na podtrzymanie. Przyszłość złożona w ręce kapryśnej macicy. Siedem koma pięć miesiąca byłam ciężko w ciąży. A później wyrwano ze mnie dwa malutkie, pomarszczone, czerwone Istnienia. Wydawało mi się, że to Szczęścia Pełnia. Do kwadratu. Och, jakże złudne to były uczucia! Wszystko przewróciło nam się do góry nogami. Przez pierwszy miesiąc przerobiliśmy przeszło tysiąc pampersów. W śnie, na jawie i realu świat cały był jednym wielkim krzykiem; nawet, gdy nie krzyczano, my i tak słyszeliśmy krzyk. Czułam się jak całodobowy bar mleczny – myślałam, że po ciąży odzyskam, w końcu, własne ciało do prywatnego znów użytku, ale – znowu – myliłam się. Przez miesiące karmienia naturalnego byłam jedynie wymionami gotowymi na każde zawołanie. Nie mieliśmy czasu na załatwianie potrzeb fizjologicznych, na zaspokajanie głodu czy pragnienia, na odprężający sen lub jakieś czułości. Od momentu zapłodnienia byliśmy jedynie matką i ojcem. Już nie mężczyzną i kobietą – rodzicami jedynie. I choć kochaliśmy nasze bliźniaczki najmocniej na świecie, chociaż tak ich pragnęliśmy – zmęczenie zabiło w nas wszelką radość. Zakopana pod tonami pieluch i hektolitrami mleka przestałam widzieć wszystko, co nie było rozkrzyczanym dziubkiem, czarną oczu tonią, wyciągniętą piąsteczką czy chwiejną nóżyną. Pewnego dnia spostrzegłam, że Mężczyzna Mój nie wrócił do domu. Noc, dwie, trzy. Rozpacz bezdenna. Przyszedł – cuchnący alkoholem, z woreczkiem (wypełnionym białym proszkiem) w kieszeni i śladami paznokci na plecach. Odtąd te zniknięcia poczęły cyklicznie powtarzać się. Aż do momentu, gdy z szafy zniknęła ostatnia jego koszula, a z łazienki – szczoteczka do zębów. Zrozumiałam, że oto, właśnie, straciłam wszystko: miłość, cel i chęć życia. Szybko musiałam otrząsnąć się i dalszej motywacji poszukać w – siedmiomiesięcznych już, rozkosznych – bobasach. Ciągle czuję się jednak jak widz na deskach kiepskiego teatru. Wokół rozgrywa się niezrozumiała sztuka, a ja – oniemiała – gestu wykonać nie jestem w stanie. Czas przepływa, ale jakby obok gdzieś, poza mną…

A potem to już były te imieniny, jakiś mentalny kac we mnie, porażająca samotność, gryząca potrzeba dialogu, telefon pod ręką… I Ty, Wojciechu, znalazłeś się obok, choć – jednocześnie – daleko tak…

„Dobrze będzie, zobaczysz. Równowaga musi być, wierzę w to. Najważniejsze teraz, to żebyś nie poddała się – masz dla kogo żyć; musisz być silną, mądrą mamą. Nie jesteś sama, nie jesteś. Nie zostawię Cię samej!”

„Dziękuję. Że jesteś tam, odpowiadasz mi, czytasz. Że nową wiarę we mnie wtłaczasz. Bądź zawsze. Nie zostaw mnie, dobrze?”

„Dobrze. Będę. A, właściwie, masz kogoś, na kim możesz oprzeć się tak bardziej namacalnie? Rodzinę, przyjaciół…”

„Jutro odpowiem, teraz stałam się już bardzo senna, wyczerpana – wybaczysz mi?”

„Jasne – do jutra. Śpij spokojnie, czerp z tego siłę. Pa…”

„Pa…”

„Inez, jeszcze jedno: czy – pomimo tego wszystkiego – byłaś z nim szczęśliwa?”

„Byłam. Szczęśliwa. Ale i konsekwentna…”

·”Puk, puk. Dzień dobry :)”

„Dzień dobry. Otwarte… :)”

„Jak spałaś?”

„Dziękuję, dobrze. Pierwszy raz, od miesięcy, tak spokojnie.”

„To miło!”

„Twoja zasługa! Debet na koncie mej samotności złagodniał, to i sen chętniej śnił się”

„Oby do przodu… Miałaś naklikać o rodzince. Gotowa?”

„Zapinaj pasy – jedziemy!”

Odkąd pamiętam, byłam takim idealnym dzieckiem: posłuszna, grzeczna, dobrze ułożona. Najlepsza uczennica w szkole: nagrody, wyróżnienia, stypendia. Uczęszczałam na różne kółka zainteresowań, śpiewałam w chórku, grałam na pianinie na wszelkich akademiach czy apelach.

W domu także nie mieli ze mną problemów: uporządkowana, systematyczna, samodzielna. Zajmowałam się młodszą siostrą. Właściwie to wychowywała nas babcia, albowiem rodzice wiecznie zajęci byli zarabianiem pieniędzy. To, kim jesteśmy, jakie jesteśmy – babci zawdzięczamy. Ona wpajała nam wartości, kształtowała kręgosłup moralny, pomagała wymodelować poglądy na wiele spraw, wiła w naszych sercach gniazdko mądrości i dobroci. Przystanią była bezpieczną, do której udawało się na spoczynek. Opoką Niewzruszoną, przy której wylizywało się rany wszelakie. Powiernikiem tajemnic najskrytszych. Autorytetem.

Mieszkaliśmy, kątem, u babci, w niewielkim pokoiku. Nocami słyszałam jak rodzice kłócą się, a następnie godzą w miłosnym uścisku. Najwyraźniejsze wspomnienie, które nakreślone jest w mej pamięci? Pierwszy czerwca, a więc: Dzień Dziecka. Późny wieczór, nieznośny zaduch – ewidentna cisza przed burzą. Zapadam w drzemkę, na przemian budząc się. Słyszę kłótnię, odgłosy szarpaniny, razów w twarz, wyzwiska. Poleciała szyba w drzwiach. I znowu cisza. Za parę godzin obudziła mnie krzątanina, głosy sanitariuszy, pytania: „ile połknęła tych tabletek?!” Widzę jak dwóch mężczyzn zabiera mamę, przelewającą im się przez ręce… Resztę nocy spędziłam na parapecie. Pamiętam tylko, że chciałam skoczyć, ale powstrzymywała mnie od tego nadzieja, że może jednak mama jeszcze kiedyś do nas wróci… Po kilku dniach babcia powiedziała, abym napisała do mamy jakiś miły list – że wtedy raźniej będzie jej w tym psychiatryku. Wtedy nie rozumiałam jeszcze, co to znaczy – miałam dopiero dwanaście lat. Analogiczna sytuacja powtórzyła się w grudniu, na Mikołajki. Zupełnie, jakby to nas mama starała się za coś ukarać. Ale przecież my takie grzeczne byłyśmy…

Od tej pory doszedł mi kolejny obowiązek. Raz w miesiącu musiałam wystać się w kolejce na poczcie, by nadać przekaz na nieznane mi dotąd nazwisko. W rubryce „za co” czaił się wstydliwy wyraz „alimenty”.

Sama na siebie nałożyłam również przymus nocnego czuwania, by słyszeć, gdy otwierała się będzie kuchenna szafka z apteczką. Pięciokrotnie ocaliłam tym mamie – mizerne – życie.

Kiedyś zapytałam rodzicielkę: „Mamo, jesteś szczęśliwa?”

Usłyszałam: „Jestem… konsekwentna.”

Z czasem przybywało również tych nieznanych nazwisk, niezmienne było jedynie – palące rumieńcami – słowo „alimenty”. Ostatecznie tato zostawił mamę dla blondyneczki w moim wieku. Założył nową rodzinę, spłodził kilka nowych istnień. Z nami kontaktu raczej nie utrzymuje.

A mama? Niegdyś wartościowa, ambitna i empatyczna osoba, dziś żyje w konkubinacie z moim kolegą. Usilnie starają się utopić wszelkie smutki, nie zauważając, jakimi te świetnymi pływakami są. Nie spostrzegli nawet, że wyglądają już niczym wraki na dnie egzystencjalnej powodzi.

Wszystko, chyba…

„Inez, a czy nie zauważasz pewnej analogii pomiędzy domem Twoich rodziców, a tym, który wy staraliście się założyć? Często, całkiem nieświadomie, powielamy schemat wyniesiony z dzieciństwa. Nawet, gdy zapieraliśmy się, że będziemy żyć inaczej, że będziemy mądrzejsi o błędy naszych rodziców.”

„Chyba rację masz…”

„A może zdecydowałabyś się na jakąś psychoterapię czy psychoanalizę, by wyrwać się z tej matni? By nauczyć się kochać mądrze, godnie, rozsądnie. Bo, póki co – tak jak mama Twa – kochasz ZA MOCNO…”

„Hmmm, czy można kochać za mocno? Dotąd myślałam, że kocha się, po prostu…”

„Pomyśl jednak o tym. Dla dobra swojego, ale i Twoich córek, które kiedyś będą nawiązywały relacje i zacieśniały więzy tak, jak je tego nauczysz, jakim wzorcem dla nich będziesz…”

Wojtek. Był ze mną każdego dnia. O – pustym – świcie i – groźnym – zmierzchu. Przekonywał, że powinnam przestać zamykać się w czterech ścianach i wyjść do ludzi. Pisał, że łatwiej byłoby mi, gdybym wsparła się na jakimś silnym, męskim ramieniu. Gdy klikałam, że nie szukam plasterków na emocjonalną ranę, odpowiadał: „To przestań patrzeć na innych jak na plasterki! Miłość bywa balsamem na ból istnienia.”

„Miłość jest tylko jedna. Ja swoją straciłam, zapomniałeś?”

„Nie zgadzam się. Nie jedna, a: jedyna! Każda jest jedyna, pierwsza i niepowtarzalna”.

Kiedyś usłyszałam, że „czas wcale nie leczy ran, a jedynie przyzwyczaja do bólu”. Coś w tym chyba jest. Ciągle nie potrafiłam poradzić sobie z tym rozstaniem, nie umiałam zrozumieć, jak to mogło stać się. Wciąż borykałam się z Jego wizerunkiem we mnie. Gniotło, ciążyło; choć każdego dnia znajdowałam nowe powody, dla których trwać warto.

Kilka miesięcy później napisałam Wojtkowi o tym, że poznałam Macieja…

Jeszcze kilka później – wysyłałam – wirtualne – zaproszenie na uroczystość zaślubin.

Nie mógł przyjechać, ale – ze szczerego serca – życzył mi wszystkiego najlepszego.

Niby wszystko było tak, jak o tym zawsze marzyłam: cudnie biała, długa suknia, na głowie pachnący wiosną wianek, a u boku wrażliwy mężczyzna… Ale…

Gdy sypnęli nam ryżem na szczęście i obdarowywać poczęli wiązankami życzeń pomyślności, zjawił się i On. W oczach zakręciły mi się łzy. I nie były to, bynajmniej, krople wzruszenia czy szczęścia. Płakałam, bo zrozumiałam, że tak naprawdę jest jedynym mężczyzną, którego w życiu pragnę(łam) całą sobą. Że tylko z Nim wszystko ma sens i koloryt, jedynie z Nim przez życie kroczyć pragnę.

Podszedł złożyć życzenia. Poczułam ten znajomy zapach i przeszył mnie dreszcz. Pragnęłam zrzucić welon, wtulić się w Niego i szepnąć Mu: porwij mnie, na świata, choćby, kraniec…

Zapytał: „jesteś teraz szczęśliwa?”

Przełknęłam ślinę i – nie patrząc Mu w oczy – cicho odparłam: „Jestem… konsekwentna”.

Nie wiem, czy któraś panna młoda cieszyła się kiedyś, że w dniu jej ślubu spadł rzęsisty deszcz? Ja wdzięczna byłam niebiosom, że spuściły na nas tę lawinę kropel. Przynajmniej nie było widać, ile łez ja właśnie wylewam; że płaczą me oczy, dusza, serce, że cała ja spazmatycznym szlochem jestem. A i jedność dziwną poczułam – jakby niebo wraz ze mną płakało…

Telefony komórkowe mają kilka wad. Primo – mogą zostać skradzione. Sekundo – dają złudzenie wygody i zwolnić potrafią człowieka z obowiązku zapamiętywania ciągu cyferek. Teraz wściekłość czuję na siebie, że nigdy nie przywiązałam uwagi do numeru Wojtka. Przywiązałam się za to do niego, do jego obecności, konstruktywnych słów. A potem pozwoliłam skraść sobie przedmiot, w którym on zamieszkiwał.

Nie mogę mu, zatem, napisać, że Maciej okazał się czułym, troskliwym, opiekuńczym i odpowiedzialnym partnerem. Potem dodałabym: nigdy jednak nikogo tak nie kochałam, jak tego słodkiego drania – Siekiera!

Myślę, że teraz dziewczynki mają w domu właściwy przykład, jak ludzie powinni okazywać sobie uczucia, szacunek. Z tatą również mają dobry kontakt. A czy powiem im kiedyś, jaka zawierucha i rozdarcie jest wciąż w mej głowie i sercu? Nie wiem… nie wiem…

Tererere, tererere. Na ekranie – zalakowana – koperta. Otwieram: „Puk, puk…” Z drżącym sercem wystukuję: „Kto tam?” „Wpuścisz do fonika Wojcieszka?” Elektronicznym, za to najszczerszym, uśmiechem odpowiadam…

Heh, szkoda, że to był tylko sen. Nie powinniśmy być nikomu dłużni słowa: „dziękuję”. A mnie ono ciąży, właśnie, nieznośnie…

8.08.08.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s