Piotruś PanK


Żródło: pixabay.com/pl
Żródło: pixabay.com/pl

Zapalona żarówka działa jak wabik na wszelkie stworzonka, którym nie w głowie sen. Właśnie walczyłam resztką sił z opadającymi powiekami, gdy do pokoju wleciał dorodny okaz motyla nocnego. Niby nic nadzwyczajnego: pospolicie szare kolory wdzianka, przypominające nawet barwą paskudny wór pokutny. Tylko te gabaryty! Jakby zmutowany jakiś egzemplarz…
Rozpoczął się dziwny, obłąkany taniec. Pląsy naćpanej nocą ćmy z ciepłym światłem lampki nocnej. Ktoś kiedyś powiedział mi, że owad ten symbolizuje dusze zmarłych, kontaktujące się w ten sposób z bliskimi…
Z głośników sączą się dźwięki utworu Republiki. Ciechowski nuci cicho: „Odchodząc, zabierz mnie…” Ćma wirować zaczęła; i mi rzeczywistość zawirowała przed oczyma. Wiedziałam już, że to taki grudniowy Duch Przeszłości, który zabierze mnie – na delikatnych skrzydłach – w rok 2001.

„Dzisiaj Twoje osiemnaste urodziny; wszystkiego najlepszego, i szczęśliwych lat. Róża tylko jedna, także jest przyjemna; nie martw się, mała, na kwiaty przyjdzie jeszcze czas, na kwiaty przyjdzie jeszcze czaaaas. Najpiękniejsze kwiaty człowiek dostaje na swoim pogrzebie…” – wraz z Rudolfem-Czerwononosym Żulikiem i – puszczoną na full – Celą nr 3, podśpiewywałam niewyraźnie…
– Za Sida, krasnoludki i Piotrusia – bąknął Rudolf – no, Mała, żwawo, nie przytrzymuj szkła…
– … za Piotrusia – szkarłatny trunek siarczyście wbił się płynnymi pazurami w mój przełyk. Jego ulubiona, truskawkowa, „Osiemnastka”, patykiem pisana…
Miałam nadzieję, że nie będzie miał mi za złe, że nie uczestniczę w Jego Ostatniej Drodze. Płakałabym, tak po ludzku; a On nie chciałby tego. Miast prezentować Mu kolejną wiązankę, czy rzucać w Niego garsteczką ziemi, postanowiłam zszargać ryja, tak, jak zwykliśmy to czynić razem. Jakoś nie bardzo docierało do mnie, że to „razem” już nigdy nie nastąpi. Kuźwa, ludzie nie umierają w wieku osiemnastu lat! Czemu z tego mojego Piotrusia PanKa zawsze musi być taka przekora?!

Wszystko zaczęło się w wakacje, początek sierpnia. Mieliśmy odłożoną kasę, spakowane bety, w maleńkim paluszku – rozkład jazdy pociągów. Zbliżało się coroczne, woodstockowe, szaleństwo. Przeszło trzysta sześćdziesiąt zakreślonych w kalendarzu liczb – odliczanie, kiedy znów będzie można wtopić się w tą niesamowitą jedność, poznać niebanalnych ludzi, poczuć wiatr we włosach, przeżyć wojnę na butelki plastikowe, zasmakować darmowych, błotnych kąpieli (te w salonach spa nie umywają się do tego) czy kanapek z dżemem, rozdawanych pod banderą Przystanka Jezus. Zatem: wszystko zapięte na ostatni guzik… Nie przewidzieliśmy jedynie tego nieznośnego bólu w pęcherzu i niemożności oddania moczu. Piotruś trafia na obserwację do szpitala, ja zaś jadę sponiewierać ciało i duszę, za nas oboje. Sumiennie obiecuję przywieźć z Żar trochę błota. Słowa dotrzymuję: wracam cała umorusana, ze strąkami piachu na włosach i całą jego masą, oblepiającą czule – rozklejające się już – glany.
Od tej pory, nic nie było jak dawniej… Niby: eksperymentowaliśmy z dragami, łykaliśmy mieszanki wybuchowe rozmaitych prochów, próbowaliśmy nawet załapać banię na sprzedawaną w każdym kiosku Etopirynę (nie, nie da się, i nie polecam!) – ale przeplatało się to z – coraz częstszymi – wizytami w szpitalu. Piotr trafiał tam raz na jakiś czas, gdy ból stawał się nie do zniesienia.

Pod koniec września, w naszej zapadłej mieścinie, nie lada wydarzenie! Koncert Republiki. Stadion przemienił się w falę ludzkich głów, podrygującą w rytm muzyki. Że co: że niby z założonym cewnikiem nie można rzucić się w wir roztańczonej młodości? Właśnie, że można, bo młodość to nieśmiertelność i walka z wszelkimi niemożnościami! A już, na pewno, z ograniczeniami narzucanymi przez cielesność. Bo młodość to – nade wszystko – duch, a dopiero potem, długo, długo za nim – ciało…

Październik, prócz gobelinu utkanego złocistymi liśćmi, przyniósł dużą dawkę miłości, szaleństwa, lizaków (konsumowanych na potęgę) i hektolitry poczciwego, dobrego, taniego wina.

18 grudnia poszłam do Piotrka, w odwiedziny. Kolejny raz był hospitalizowany. Brutalnymi słowy obalił wersję o kłopotach z pęcherzem.
– Patrz, kuźwa, ile welfronu wbili mi w łapę… To coś z prostatą – wypalił.
– Przestań chrzanić! Piękni-osiemnastoletni nie miewają kłopotów z prostatą! To przypadłość zgrzybiałych pięćdziesięciolatków – ripostowałam.
– Mam raka – przecedził przez zęby, a ja zaśmiałam mu się w twarz. Blefuje, jak zwykle! Te Jego głupie, nie na miejscu, żarty!

Spotkałam się z Rudolfem. Zapytał, czy i mi obiły się o uszy jakieś plotki. Poczułam się, jakby walnął mnie w twarz. Zanim chlaśnięcie przemieniło się w czerwone ślady dłoni – w głowie powstała idea koncertu charytatywnego. Przyda się kasa na leczenie; Piotr pochodzi z niezamożnej, wielodzietnej rodziny. Słowo poczęło przybierać kształty Ciała, niestety Czas dał dupy… Zaprzedał się Śmierci, sprzedajna szuja!
Było coraz gorzej. Przerzuty na płuca sprawiały, że walczyć trzeba było o każdy oddech. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Nawet morfina – zastrzyk znieczulenia na ból egzystencjalny – przynosiła niewielką ulgę. Siedziałam przy nim, i delikatnie muskałam Jego dłoń. Raz na jakiś czas mrugał do mnie.
Kiedy ma się osiemnaście lat, nie wierzy się w śmiertelność. Nawet, gdy ciało jest tylko betką nieruchomą, zeszmaconą przez jakiś – niewyobrażalny i trudny do pojęcia – nowotwór. Nadzieję żywiłam, że kolejnego dnia lepiej będzie; że przyjdę, a Piotrek – ze swoim słodkim uśmiechem – zapyta: – Masz lizaczka?

22 grudnia. Przyszykowałam kawałek świątecznego ciasta i postanowiłam nieco wcześniej podzielić się z Nim opłatkiem i swoją niezachwianą wiarą (wszak byłam świeżo, po krzepiącej lekturze o „Potędze podświadomości”). Kilkanaście metrów przed budynkiem, w którym mieszkał, spotkałam Jego tatę.
– Dzień dobry, jak dzisiaj ma się… – nie zdążyłam dokończyć pytania, bo bezdenna otchłań żalu w jego oczach, mówiła sama za siebie. Wiedziałam, że postanowił sposobem Małego Księcia uwolnić się od nazbyt ciężkiego, niewładnego ciała. Opuścił zniewalający kokon i na motylich skrzydłach, w różnobarwne, punkowe łaty, udał się na niebiańskie łąki. Tam tańczy teraz pogo, na chwałę Chrystusa. Na przekór tym wszystkim niedowiarkom, którzy za nic mają sobie teorie o zmartwychwstaniu i życiu wiecznym.
– Dlaczego? – zapytałam swoich myśli. Nie próbowałam jednak dociekać, zrozumieć tego dogłębnie, gdyż wiedziałam, że te starania skończyć mogą się tym, że jeszcze więcej spraw stanie się niezrozumiałymi. I znowu przestrogi, że „kochamy wciąż za mało i stale zbyt późno” takie bliskie i aktualne zrobiły się. Nie zdążyłam powiedzieć Mu, jak kocham. Ani nawet: że kocham. Może osiemnaście lat to za mało, żeby kochać? Tylko: czemu nie za mało, by umierać?
– Proszę mi powiedzieć: o której odszedł? – nie patrzyłam więcej Jego ojcu w oczy.
– O piątej rano…

Za piętnaście piąta strzepałam z siebie ostatnie okruchy snów. Śniłam Piotra. Wyglądał tak ślicznie, promieniście, zdrowo. Na myśl nasunęło mi się nawet określenie: jak Anioł, ale prędko strąciłam je w odmęty niebytu. Teraz już wiem, że nie odszedł bez pożegnania; nie zrobiłby mi tego.

Dał mi zaledwie cztery dni na oswojenie się z Przemijaniem. Za mało, by ugłaskać rodzący się Bunt.

Umarł w osiemnaste urodziny. Włączyłam Celę nr 3 (płyta, której nigdy już Mu nie oddam…): „Dzisiaj Twoje osiemnaste urodziny; wszystkiego najlepszego, i szczęśliwych lat. Róża tylko jedna, także jest przyjemna, nie martw się, mały, na kwiaty przyjdzie jeszcze czas. Najpiękniejsze kwiaty człowiek dostaje na swoim pogrzebie…”
Wybrał ten moment. Nie chciał, by po przekroczeniu progu Dorosłości, Dzwoneczek – bezpowrotnie – zatrzasnął za nim bramy Bajlandii. Mój, kochany, Piotruś PanK…

Czytam fragment „Nędzników”, ten o bestii drzemiącej w każdym z nas. Pisane, jakby specjalnie o Jego chorobie, o nowotworze, który podstępnie zaczaił się w Nim…

22 grudnia 2001. W Wiadomościach podali, że zmarł Grzegorz Ciechowski. O Piotrusiu wzmianki nie było. Jego śmierć gówno obchodziła ludzkość. Była cicha i bezimienna…
„Odchodząc, zabierz mnie…” – nadaje każda stacja radiowa.

Koncert i tak odbył się. Uzbieraną kasę oddaliśmy Jego rodzicom. Postawili Mu pomnik. Epitafium milcząco krzyczy: „Tylko Wybrańcy Boga umierają młodo.”

Ćma nadal poguje wokół rozpalonej żarówki. Delikatnie biorę ją w dłoń i wypuszczam na mroźne, grudniowe powietrze. Ubieram się, by – jak co roku – położyć na nagrobku białą różyczkę i lizaka (takiego z gumą, Jego ulubionego). Wracając, zahaczę o monopolowy – niechby szkarłatna „Osiemnastka” popieściła czule zmysły wszelakie.
Powtarzał zawsze: rób w życiu to, co lubisz najmocniej. Zatem zrobię: wrócę do domu, nastawię na full jakąś punkową muzę i napiszę słów kilka… Hmmm, może nawet o Piotrusiu PanKu, co to ni dorosłości, ni bolesnemu życiu nie dał się?

18.07.08

… Mariuszowi…

Reklamy

One thought on “Piotruś PanK

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s