Kumulacja pragnień


ball-165958_1920
Żródło: pixabay.com/pl

Cisza wciskała się, natrętnie, do uszu, próbując zbratać wszystkich z – tęsknym pieszczot – snem. Iga pogładziła czule czupurne morze loków na głowie Doriana. Uwielbiała wsłuchiwać się w miarowe takty Jego oddechu. Ucho przyłożyła do – rytmicznie unoszącej się – klatki piersiowej, by posłuchać jeszcze cichutkiej melodii serca. Kochała tę błogą myśl, że ono bije specjalnie dla Niej; że pośród miliardów istnień ludzkich, Jakaś Dobra Siła Wyższa, pozwoliła jej odnaleźć właśnie Tę – Idealnie Pasującą Do Niej – Połowę. Posłała w wielki wszechświat garść wdzięcznych myśli dziękczynnych. Pocałowała jeszcze – delikatnie poruszające się – powieki (heh, ciekawe, o czym właśnie śni?), wyłączyła pilotem gadające pudło i przeszła do drugiego pokoju.
Przykryła kocykami dwie malutkie – słodko uniesione do góry – pupki, i wyniosłość żyrandola, zamieniła na dyskrecję i prostolinijność lampki nocnej. Zasunęła również zasłonkę w oknie, wcześniej jednak, bezszelestnie, wleciał maleńki, złocisty punkcik. Uśmiechnęła się, pod nosem, na wspomnienie dzieciństwa, gdy wraz z kuzynostwem, łapała zawsze te maleńkie, ekologiczne latarenki świętojańskie. Jakby maciupka, spadająca gwiazdka, wleciała wprost w jej ręce, chcąc spełnić jakieś – najbardziej skryte, pośród tych najskrytszych – pragnienie.
Przypomniała sobie o, pozostawionym samopas, skrawku papieru i błękitnym długopisie, rzuciła ostatnie, wieczorne, spojrzenie na dwa śpiące Skarby i powróciła do notatek. Mieszkanie: 450 zł, fundusz remontowy: 96 zł, gaz: 237,56 zł, prąd: 77,20 zł, woda: 73,80 zł. Razem: brrrrrrr! Kończą się pieluchy, zasypka do pupy, kaszki, mleko, woda niegazowana niskosodowa… Półki w lodówce marnieją z tęsknoty za czymkolwiek, jak opuszczone – na czas wakacyjny – mury, gościnnej i bardzo społecznej, szkoły. Z podeszwy sandała łypie na wszystkich, sarkastycznie, nieproszona dziura. A złośliwe pokrętło urwało się z łańcucha gazówki i za nic ma sobie to, że zarządca budynku nakaz dał usunięcia niebezpiecznej usterki, w ciągu czternastu dni. Jakby dwa tygodnie właściwym czasem było, na wylęgnięcie się dostatecznej ilości gotówki. Tyle potrzeb, priorytetowych i tych drugorzędnych, wylało się z puszki Pandory, że właściwie głupotą było marnotrawienie czasu, by spisać je, skoro wiadomo było, iż nie sposób zaspokoić wszystkich (nawet, gdyby rozłożyć je na wiele, wiele rat). Jednakże: jako, że Iga należała do osób drobiazgowych (czasem nawet zmieniało się to w pierdołowatość wręcz), uporządkowanych i systematycznych – spisywała nadal ten ocean bajońskich wydatków.
– Ehhhh – westchnęła – czy kiedyś Przychylność uśmiechnie się do nas?
„Pomogę rozliczyć dochód (PIT-37) w zamian za żywność dziecięcą” – nakreśliła kilka ogłoszeń, obiecując sobie rozwiesić je, na mieście, z samego rana.

Nie mogła zasnąć, nastroiła zatem radio tak, by – dla towarzystwa – wygrywało nocną zmianę przyjemnych melodii. Ktoś zamówił Stare Dobre Małżeństwo. Wraz z nimi nuciła: „… ze mną można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko…” Ona właśnie taka była: jakby wyjęta z ramówki jakiejś odmiennej – zapomnianej już – epoki. Choć i eklektyzmu w niej niemało: doskonale godziła tę niedzisiejszość z duchem teraźniejszości. Proste to jednak nie jest – pozostawanie w zgodzie ze światem, który uparł się, by lansować pęd i styl bycia odmienny od tego, który prezentuje ona. Maksymalnie skupiona na „być”, czasem zwyczajnie zapomina, że „mieć” także coś należy, choćby w niewielkim procencie. Nie czuje parcia na karierę, sukces, uganianie się za pieniądzem. Podług niej: znacznie przyjemniejsze od pracy z ludźmi jest, po prostu, przebywanie z nimi, wśród nich, trwonienie – wespół z przyjaciółmi – czasu, zamienianie go na kilka konstruktywnych myślideł czy odprężającą lampkę czerwonego wina. Nie znaczy to, że należy do grona beztroskich obiboków; co to, to nie! Żadna praca straszną jej nie jest, przeciwnie wręcz: gotowa jest imać się każdego zajęcia, bo to hartuje charakter, przyozdabia rumieńcami doświadczeń, a często nawet pozwala łamać to, co w nas złe, czy wziąć się za bary z tym, co wydaje się niewykonalne. A – w jej słowniku – nie istnieje pojęcie „niewykonalności”. Im więcej wysiłku i duszy trzeba w coś włożyć, tym słodszym nektarem później to na nas spływa.
Dość, że poczciwe, to jeszcze Stare, a na dokładkę: faktycznie Dobre, Małżeństwo, miejsca antenowego ustąpić musiało wiązance reklam. Iga puszczała je mimo uszu. Przez jej głowę przeturlała się wzmianka o skumulowanym szczęściu. Piłeczki myśli poczęły odbijać się, jedna od drugiej, na wierzch odgrzebując niepozorne kuleczki kolorowych, niespełnionych, marzeń, palących potrzeb… Trzynaście milionów, taaaa, faktycznie coś… Co ona, tak antymaterialna istota, zrobiłaby z taaaką kasą? Sen, wraz z fantazją, uniósł ją na fali pragnień. Postanowiła poddać się temu, dryfując za myślami, aż natrafi na atol godny spoczynku…

To był dobry, spokojny, błogi sen. Nie musiała w nim zeskrobywać resztki margaryny ze ścianek opakowania, by posmarować – choć troszkę – czerstwą pajdę razowca. Nie marzyła o tym, by znaleźć na ulicy jakiegoś piątaka i wymienić go na nową szczoteczkę do zębów. Nie drżała ze strachu, by maluchy nie złapały jakiejś infekcji, bo przecież leki teraz takie drogie! Nie zostawiała niepotrzebnych zadrapań na uczuciu, forsowaniem swych racji, że pierwej w tym miesiącu zapłacić trzeba ratę, a nie kupić zimową kurtkę. Była gdzieś, daleko, poza tym wszystkim: wdychała duszącą wręcz woń letniej, zieloniutkiej, trawy, pieściła jej fakturą bose stopy, zanurzała się, caluśka, w cykaniu świerszczy. Te piękne, nocne, wojaże senne, zostawiły – na rano – nawet nieco morskiej bryzy, w zaspanych nozdrzach.
Ziefffff. Przeciągnęła się leniwie. Mmmm, ależ miły sen – pomyślała. Zaciskała mocno powieki, by nie wymknął się spod nich. Próbowała otulić się nim jeszcze, zamknąć w nim, zasklepić, ale świt zrzucił go już, brutalnie, z łóżka. No nic, wstawać trza…

Rozpoczął się dzień, jak co dzień… Porcja czułości, śniadanko, po kropelce Vigantolu, zmiana pieluch, poranna toaleta, głowienie się: jak by tu ugotować coś z niczego, w końcu – codzienna porcja świeżego powietrza, czyli spacer z bliźniakami.
Ukochana łobuzerka dokazywała w piaskownicy, a Iga mogła oddać się, w tym czasie, swemu ulubionemu zajęciu – błąkaniu się po manowcach marzeń. Każdy krok przybliżał ją do nocnych wrażeń, do smaku ich spełnienia. Pokosztowała czegoś, co kusiło aromatem, wciągało jak opium…
Z feelingu wyrwał ją jednak wysoki, długowłosy, chłopak w niebieskim mundurku: – Proszę o parafkę, że pani otrzymała – i podał jej, z uśmiechem, białą kopertę. Potwierdziła odbiór i skrzywiła się, mimo woli. Zdążyła już zerknąć na nadawcę i domyśliła się, iż nie udało jej się umknąć przed – zapowiadaną już dawno – podwyżką czynszu. – Dziękuję – odpowiedziała jednak, gdyż tak wypadało. Schowała papiery, jakby chcąc je, tym samym, zepchnąć w najgłębsze pokłady niebytu. Uffff – jęknęła pod nosem. Podbiegły do niej dwuletnie urwiski, ale nawet ich szczery, beztroski, donośny, radosny śmiech nie był, w tej chwili, w stanie podnieść jej morale, choćby o oktawę wyżej.
– No, chłopcy, zbieramy się powoli…
Naturalnie, nie obeszło się bez ociągania, toteż Iga musiała pomóc w zbieraniu wiaderek, łopatek i foremek. Ożeż… – ledwo pohamowała potok siarczystych przekleństw, gdy z rozciętego palucha polała się krew. Ktoś chyba powinien być odpowiedzialny za to, żeby piaskownice były czyste, schludne, bez psich kup czy rozbitego szkła; jakiś zarządca, czy ktoś – powyżywała się trochę, pod nosem. Złapała ostatnią foremkę – żółtego żółwia, a pod nim coś, w słońcu, zalśniło. Podniosła, oblepioną piachem, monetę dwuzłotową, chuchnęła – na szczęście – na orzełka i wrzuciła pieniążka do kieszeni, tej samej, w którą wcześniej upchnęła to pieruńskie zawiadomienie o podwyżce.

Postanowiła, że pójdą na skróty. Traf chciał, że ustawili tam nowy kiosk, a w nim mieściła się – nie inaczej, jak tylko – kolektura lotto. Iga wściekła była na samą siebie, że poszczuła się – krzyczącym głośno – plakatem: 13 000 000. Ścisnęło ją w dołku i poczuła dziką niesprawiedliwość: pieniądz rodzi pieniądz – ci, którzy mają kasę, mają tym samym szansę na pomnożenie jej. Podobnie jak z hipermarketowymi zakupami: ci, co mają dużo kapuchy, zaoszczędzić mogą jeszcze, kupując dżambopaki czegoś tam (a wiadomo, że większe znaczy jednocześnie: bardziej ekonomiczne). Jej portfel zalatuje jednak cuchnącą pustką, nici zatem z szansy na jakąkolwiek wygraną. A – jak na złość – jakiś głos, wewnętrzny, złośliwie szepcze jej do ucha: „… żeby wygrać – trzeba grać, żeby wygrać – trzeba grać…”.
Już markotnieć poczęła, gdy, naraz, przypomniała sobie o bilonie, który spoczywał, od niedawna, na dnie jej kieszeni. Poszperała chwilkę i – z zadowoleniem – obróciła w palcach złociutką dwójeczkę. – Poproszę o blankiet na dużego lotka i ołówek…
Odruchowo skreśliła: 3-5-7-8-15-17. To taki zestaw liczb, który był jej nadzieją na wygraną. Zawsze wierzyła w to, że maszyna losująca kiedyś wybierze te właśnie cyferki, i bała się jedynie, że ona, nieopatrznie, przegapi ten moment, ten dzień… Chłopcy zaczęli trochę marudzić. Spojrzała na nich i pomyślała, że może by jeszcze wcisnąć gdzieś 1 i 9, skoro najcenniejsze jej Skarby urodziły się 1 września? Uzupełniła następną rubrykę sześcioma typami. Zapomniała jednak, że dwójkę ma tylko jedną. Kierowana jakimś impulsem, podała siedzącej tam pani, pierwszy blankiet. Co ma być – będzie. To wszystko i tak: marzenia ściętej głowy…

Iga pochodziła z domu, w którym, raczej, nigdy niczego nie brakowało. Tato całe życie prowadził swój biznes. Początkowo przemycał przez granicę spirytus, inny alkohol, papierosy i takie tam – ale po kilku wpadkach, wizytach dzielnicowego i paru gości d/s przestępczości gospodarczej oraz nadmiernemu niuchaniu Urzędu Skarbowego, postanowił pieniądze zainwestować w rozruch jakiejś legalnej działalności. Otworzył restaurację i kupił kilka sadów. Zyski z tego były nawet całkiem niezłe. Nie mógł jednak znieść myśli, że córka nie przejęła po nim talentu do pomnażania majątku i rozkręcania interesów. Fanaberią były dla niego jej zapędy literackie  i sukcesy odnoszone na konkursach pianistycznych. Gdzieś miał wszelaką twórczość – zamiast ojcowskich uszu – talary. Srebrnikami w oczy jej sypnął, gdy powiedziała, że chciałaby ukończyć resocjalizację na Uniwersytecie Wrocławskim. – Co ty będziesz po tym miała, gdzie znajdziesz robotę, za grosze będziesz harowała?! – wrzeszczał, za nic mając jej zapędy, plany i pragnienia.
Czara goryczy przelała się, gdy Iga przyprowadziła do domu Doriana i przedstawiła jako swojego partnera. Również i ten wybór nie pasował do wyobrażeń taty o życiu córki. Doriana rodzice byli ubogimi, prostymi ludźmi, którzy nie mogli zapewnić mu nawet wykształcenia. Nie miał zatem ukończonej dobrej szkoły, nie mówiąc już o samochodzie czy mieszkaniu. To już wykraczało poza zakres pojmowania taty: – Jak to, facet bez bryki?! Jak Ty wyobrażasz sobie wasze życie, przyszłość?! – pieklił się.
A ona pokochała go za prostotę, szczerość, dobroć, opiekuńczość. Miał cudnie artystyczną duszę i wspaniałe zdolności manualne. Pięknie rzeźbił, rysował portrety, był prawdziwą złotą rączką. Jego wielką pasją były instrumenty perkusyjne; grał w punkowym zespole. I – po raz pierwszy – wierzyła w szczerość słów „kocham”, szeptanych, raz po raz, do jej ucha.
Tato powiedział, że nie dostanie ani grosza na studia dopóty, dopóki będzie spotykała się z tym gołodupcem. Odłożyła więc na półkę pragnienie ukończenia Uniwersytetu, wyprowadziła się z domu i zakasała rękawy, zabierając się za zarabianie na chleb.
Wynajęli maleńki, zagrzybiały pokoik. Nie mieli wykształcenia, zatem pracy specjalnie ambitnej i popłatnej także nie – nie zarabiali najlepiej, toteż na naukę nie starczało – i tak kręciło się to błędne koło. Ale uczciwie opłacali rachunki, skromnie jedli, łatali dziury, by chodzić, w miarę schludnie, no i czysto, ubranym… Wszystko, co mieli – sobie zawdzięczali, i byli z tego naprawdę dumni. Po kilku latach Dobry Pan Bóg obdarował ich bliźniakami. Wtedy, mimo szczęścia podwójnego, nadeszły podwójnie chude chwile, w sensie materialnym…

3-5-7-8-15-17
Iga patrzyła w blankiet, a serce biło jej jak oszalałe. Pewnie gdzieś pomyliła się; poczekać musi na powtórne odczytanie wyników przez prowadzącego.
3-5-7-8-15-17 – popłynęła wiązanka, ze szklanego ekranu.
Zastygła w bezruchu. Tylko to serce, jakby wyskoczyć chciało z piersi, by zbudzić resztę domowników i podzielić się z nimi radosną nowiną.
– Tylko spokojnie, tylko spokojnie – starała się zebrać myśli do kupy i jakoś uporządkować je. Faktycznie, miała ochotę wrzeszczeć, ucałować Doriana, zacząć planować wydatki, już, teraz… Z drugiej zaś strony chciała mieć czas, by ochłonąć jakoś, przetrawić to w sobie, zacząć logicznie(j) myśleć. I przede wszystkim: przestać trząść się jak galareta!
Wyszła do kuchni, bo wrażenie miała, że przetaczające się przez nią tornado myśli, zerwie zaraz, z impetem, kołdry ze śpiących, ukochanych jej, mężczyzn.
– Oddychaj, fff fff fffff, spokojnie, spokojnie…
Przepłukała twarz zimną wodą, usiadła na taborecie i wyjrzała na gwieździste niebo. Zaraz zasunęła jednak zasłonki, bo poczuła się jakoś dziwnie, jakby wszyscy zaglądali do jej okien, wiedząc, że to właśnie ona wytypowała trafne sześć liczb.
– Trzynaście milionów, heh… Zaraz, zaraz, przecież może być kilka wygranych… Nieważne, Boże, ileż to kasy!

Noc zamieniła na wyobrażenia, co można zrobić za te pieniądze. W pewnej chwili nawet poczuła się jak Judasz, co to sen sprzeda za parę srebrników. Ale dalej broczyła myślami po domu jednorodzinnym, nadmorskiej plaży, uniwersyteckim dziekanacie, sklepowych półkach…

Zasnęła dopiero nad ranem, toteż, gdy przebudziła się, Dorian był już w pracy. Prędko wyszykowała chłopców i poszli na przystanek autobusowy, a stamtąd wybrali się do Wrocławia, by w stosownym miejscu zamienić różowy blankiet dużego lotka na przelew na konto. Nie miała pojęcia, jak to odbywa się, jechała zatem z mętlikiem w głowie i ze ściśniętym żołądkiem. Raz po raz sprawdzała, czy kupon znajduje się na swoim miejscu, w torebce, oraz czy da się jeszcze odczytać wskazany adres z pomiętolonej karteczki. Dłonie miała całe mokre. Z tego wszystkiego zapomniała nawet o – dręczącej ją, od dziecka – chorobie lokomocyjnej. I nie pokazała maluchom, jak zwykła to czynić, mijanego gniazda bocianiego. Złapała się za to kilka razy na uczuciu, jakoby wszyscy wokół na nią patrzyli i – nuż – ktoś zaraz, na żywca, wykradnie jej złotodajny skrawek papierka.
Wysiedli na Dworcu Głównym. Maluchy zaczęły prosić o piciu-piciu, zatem trzeba było przysiąść na chwilkę. Przez głowę przefrunęła jej skrzydlata myśl, czy lepiej wybierać domek wraz z Dorianem, czy zrobić mu niespodziankę i samemu wszystko zorganizować? Hmm, ciekawe, czy pieniądze będą od ręki, czy trzeba będzie na nie poczekać trochę?

Postanowiła, że skoro są już we Wrocławiu, pokaże synom uroczy Rynek. Przycupnęli pod pręgierzem. Chłopcy zaczęli dzielić się bułką z gołębiami, a ona starała się nie gubić nigdzie okruchów rozproszonych myśli. Spod sterty skumulowanych pragnień wyłaniać poczęły się rozmaite monstra – lęki irracjonalne mniej czy bardziej: że okradną ich, dzieci padną ofiarą kidnapera, będą im grozili, szantażowali, próbowali wymusić pieniądze; dadzą się komuś niepotrzebnie naciągnąć, jakiś oszust wyłudzi od nich gotówkę; że niewłaściwie zainwestują, stracą na giełdzie, poróżni ich to; że skłócą rodzinę, nie chcąc pożyczać mniejszych czy większych sum… Jeju, można by tak w nieskończoność!
Popatrzyła z czułością na hasające bliźniaki i pomyślała, że tyle rzeczy mogłaby im kupić, zapewnić. Ale – z drugiej strony – mogłaby ich tym zepsuć. Albo zanurzyć się, bez reszty, w tym morzu forsy, zapominając, co – tak naprawdę – jest w życiu ważne. I już nie była taka pewna, czego tak naprawdę chce…
Spoglądała na mijających ją ludzi, jakby w ich oczach odbić miała się odpowiedź na to pytanie… Czego, tak naprawdę, chce?
Przeszła obok pewnej pary, ewidentnie bezdomnej. Starsi ludzie, tak koło sześćdziesiątki, no, chyba, że życie dodało im, po prostu, zmarszczek, w promocji. On miał na sobie brudne, dresowe spodnie, zdarte adidasy, i porozciągany, brązowy sweter. Na twarzy kilkudniowy zarost, włosy gęsto usłane siwizną. Ona – przyklapniętą, tłustą fryzurę, trzęsącą się – z przepicia bądź nie – głowę, upaćkane dżinsy i flanelową koszulę w niebiesko-białą kratę. Pchali przed sobą wózek, a w nim – kilka pogniecionych kartonów, parę szmat, butelkę taniego wina i czarniutkiego kotka. Igę uderzyło jednak coś innego: może i byli brudni, śmierdzący, niedopici, ale trzymali się za ręce i patrzyli w siebie z jakimiś iskierkami w oczach. Zimą pewnie chuchali sobie, wzajemnie, w skostniałe dłonie, a latem zbierali razem sterty niepotrzebnych śmieci. Tulą się do siebie na jakiejś klatce schodowej i wypinają się na tych wszystkich, co to lansują taki czy inny styl bycia. W dupie mają czy lepiej pachnieć żelem czy pianką do kąpieli. Nie dają sobie robić sieczki z mózgu żadnymi reklamami. Oni są – tak zwyczajnie, po prostu, unoszą się na fali istnienia. I nie toną, gdy zabraknie im na nowy model telefonu komórkowego. Bo z innego materiału zbijają egzystencjalną tratwę, z innej strawy sny lepią. „Brzydka ona, brzydki on, a taka ładna miłość…” – rozległy się saksofonowe dźwięki.

Iga podeszła tam. Młodziutki chłopak wydobywał z instrumentu, stanowczo acz czule, tę melodię. Łzy zaszkliły jej się w oczach. To była pierwsza piosenka, którą nauczyła grać się na pianinie. Odtąd przywodzi jej na myśl rodzinne kąty. Poczuła smutek, jak zawsze, gdy pomyśli o twardym i nieugiętym tatku.
Czego, tak naprawdę, chce? Czego? Miłości, jedynie. Prostej, jak prości są ci bezdomni. Wyglądali na szczęśliwych, choć po śmietnikach szukać muszą kromki chleba.
W domu miała wszystko, prócz bezwarunkowej miłości, ojcowskiej aprobaty, akceptacji i poszanowania jej wyborów. Widać: pieniądze to jednak nie jest wszystko…
Zerknęła raz jeszcze ma muzyka, który rozedrgał w niej rzewną strunę. Sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej kupon. Bez żalu położyła go w futerale, obok bilonu groszówek i złociszy. Niech on martwi się, co z nim począć…

Wróciła do swojego miasteczka. Po drodze kupiła jeszcze najtańszy smalec. Rozkleiła na słupach kilka kartek, z których krzyczało wielkimi, czarnymi literami: „Pomogę rozliczyć dochód (PIT-37) w zamian za żywność dziecięcą”.

– Gdzie tak długo byliście? – Dorian wrócił wcześniej z pracy i już niecierpliwił się.
– Aaaa, zabrałam chłopców na przejażdżkę do Wrocławia – ziarenko prawdy przebijało się przez chaszcze kręcenia.
– Nie mamy kasy, a ty jeszcze niepotrzebnie tracisz na bilety? – nie obeszło się bez wyrzutu.
– Przepraszam…

To moja jedyna przed nim tajemnica. Półprawda. Kłamstwo. Ale wierzę, że tak było lepiej…

28.07.08

Reklamy

One thought on “Kumulacja pragnień

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s