Dwadzieścia siedem i pół na pół. Ocalałam prowadzona na rzeź.


pink-1745886_1280
Źródło: pixabay.com/pl

Dochodzi za kwadrans trzecia. Ćma uparcie puka w monitor laptopa, rozpaczliwie prosząc, bym wpuściła ją na białą karteluszkę Worda. Kontaktu łaknie z rzeszą innych robaczków, które ciągiem znaczków, wahadłowym ruchem dłoni, zapraszam na ekranik. Coś na kształt castingu myśli czy selekcji, na bramce, w klubie (myśli twórczej). Ćma nie kwalifikuje się. Pora późna nazbyt na odwiedziny. Zaraz zamykam komputerowe wrota, gaszę umysł i pakuję się pod kołdrę…

Czwarta piętnaście. Norma planu nie osiągnęła wymaganych stu procent. Niby komputer leży na półce, ja zaś w łóżku – tylko ten umysł, niepokorny, nie dał się zresetować. Cholera, ten „off” znowu nie działa…
Wszystkiemu winien ten pieprzony guz! Myślałam, że takie rzeczy przytrafiają się innym; czyta się o nich w czasopismach, głośno mówi w telewizji. Że niby jak już włączysz się w jakąś akcję i przyczepisz broszką do bluzki różową wstążeczkę, to chroni Cię ona przed złym urokiem podstępnego zamachu na kobiecość. Gównoprawda!
Wpakował się taki, nieproszony, w moją pierś, niczym obrzydliwy kleszcz; przycupnął cichutko w rogu krągłości i udaje, że go nie ma. Że nie ma problemu, nie ma sprawy. Ależ jest! Wyczułam cię, wymacałam i wcale nie podoba mi się twoja obecność. Nie chcę cię, słyszysz! Nie chcę; preeecz!

Miałam wczoraj – w końcu – chwilkę, tylko dla siebie. Iwo jeszcze pracował, a nasze niesforne bliźniaki – Miłosz i Tobiasz, wyjątkowo wcześnie postanowili odwiedzić przybytek Morfeusza. Jeju, dopiero osiemnasta, a tu naga przestrzeń wolnego czasu otwiera przede mną swe, jakże kuszące, podwoje!
Przez chwilę przemknęła mi przez głowę niepoważna myśl, ażeby poserfować machiną żelazka po różnorodnej tafli, czekających na zabiegi w parze wodnej, tkanin. Albo, żeby wypieścić powierzchnię, ciekawych świata, szyb. W poczekalni bilansu codziennych obowiązków i przyjemności (och, jakże rzadkich ostatnio!), w dłuuugiej kolejce, stały także, cierpliwie, nieprzeczytane – od dawna – książki.
Ostatecznie zdecydowałam się na przyjemne, aromatyczne, kompleksowe dogodzenie swej kobiecej próżności. Długa, orzeźwiająca kąpiel, w – rozkosznie pieszczącym nozdrza – olejku, i w towarzystwie unoszących się na pianie, landrynkowo-różowych płatków róż. Potem namaszczanie oliwą i balsamami, tudzież kremami: ten do stóp, ten do dłoni, na rozstępy, celulit, pod oczy, na jędrne piersi…
Piersi… pierś… guz… Nie, to chyba nie tak odmieniało się?! Czemu zatem wychodzi mi taki fałszywy wynik?!
Nie chce wyjść inaczej. Dotykam: coś czuję. Macam, macam: faktycznie tam jest. Eeee, wydaje mi się. Wmawiam sobie. Przewrażliwiona jestem. Za dużo się nasłuchałam głupot. Położę się spać i przejdzie mi, jak migrena…

Zbudził mnie płacz Miłosza. Taki cowieczorny rytuał: on zakwili, a ja podejdę, pogłaskam po małej główce i powiem: – mamusia już nakryła Cię kocykiem, śpij, maleńki, śpij… I znowu wszyscy będą zadowoleni: on, że mama jest w pobliżu, a ja, że do rana już będę miała spokój…
Na wpół śpiąco wracam do wyrka. Iwo miarowo, acz dyskretnie i cichutko, pochrapuje. Przytulam się do niego, starając się – jak najprędzej – powrócić do tego błogiego, sennego stanu sprzed minuty. I nagle: czerwone światło! Pi pi piip piiiiip! Sprawdź cycka, sprawdź cycka – coś pipczy natrętnie, jak niechciana rano obecność budzika.
Z rozespaniem, ociąganiem, ale i pewną nutką niepokoju, sięgam w stronę prawej piersi… Yyyyyy… Jest! Jest?! To mi się pewnie tylko śni; zły sen; głupi, zły sen… Rano będzie lepiej…

Rano.
Świt, nieśmiało, próbuje podejrzeć, przez żaluzje, jakieś nagie ciała. Wsuwa się promykami, wciska nachalnym zaduchem, i nic. Bo nic ciekawego się w nocy nie działo. Bo nikt, ekshibicjonistycznie, nie zasnął bez majtek. Wręcz przeciwnie: nasunęłam na siebie nawet biustonosz, choć to wcale wygodne. Ale zakryć chciałam to gówno we mnie. Może wygrzeje się i minie? Taka guzowata (nie mylić z gudzowatą!) gorączka.
Piii piiiii piiiiiii pipip pipipiiip! Dejavu? Z rozrywki powtórka? – Ożesz, Iwo… Iwo! Wstawaj! Pobudka! Budzik! Nie słyszysz?!

Jak co dzień, to samo… Ociąganie się. – Ustaw drzemkę, na pięć minut, dobrze? Jeszcze chwilka, pliiisss!
Okej, ja skorzystam z tej chwilki i macnę sobie jeszcze raz…
– Nie, Iwo, wstawaj! Musisz coś zobaczyć! Dotknij – i kieruję jego dłoń na tę nieszczęsną pierś, która ani myśli wyzdrowieć.
– Ooooo, kotku, tak z rana? Mmmmm… – drań nie odczuł powagi sytuacji i począł mruczeć z rozkoszą i figlarnie do mnie mrugać. Tym samym, natychmiastowo, strzepał z siebie ostatnie okruchy snu.
– Przestań się wygłupiać i powiedz: co czujesz! Skup się! – zniecierpliwiona syknęłam.
– Cooo czuuuję? Aksamitnie miękkie, poduszkowe cycuszki. Uuuuuuwielbiam je, wiesz? – i jego niecierpliwe wargi już muskały, skażone jakąś nierównością, atrybuty mej kobiecości.
– Iwo, w tej chwili przestań! Ja mam tu guza, nie czujesz?!
Spojrzał na mnie, oniemiały, niewiele rozumiejąc, o co mi, w ogóle, chodzi.
– Jakiego guza, co Ty pleciesz, kobieto?
– No, guza, zwyczajnie – odparłam (choć to raczej pod kategorię „zwyczajnie” nie bardzo można by podciągnąć) – guza, o, tu, po prostu – plotłam, już bez większego sensu – czujesz?
Na jego twarz faktycznie zaczęły wstępować pierwsze, niewyraźne jeszcze, rysy skupienia. Uśmieszek powątpiewania, z coraz większym pośpiechem, ustępował im miejsca. Jakby, intuicyjnie, wyczuwał, że zaraz potrzebować będą nieco większej przestrzeni. Że zaraz zagarną całą mimikę, przez chwilę jeszcze, do niego należną.
– Yyyyy… Coś jakby… wiesz, coś tu czuję…
– Nie kończ! Nie kończ! – krzyczałam, jakby to on winien był tej całej sytuacji. Jakby pozbawiał mnie nadziei, że jednak to nieprawda. Jakby tym ciągiem wyrazów, tak niepotrzebnymi teraz zdaniami, pozbawiał mnie jednej piersi. Skazywał na amazońską poniewierkę. Albo – co gorsza – kazał już umierać.

– I co teraz, z nami, będzie?
– Jak to: co? Nie rozumiem? – wydawał się być szczerze zdumiony, ale ja dałabym sobie w tej chwili głowę uciąć, że kłamie.
– Nie udawaj! Rozpadnie się nasz związek; zostawisz mnie! Przecież nie będziesz chciał mieć baby z jednym cyckiem; nikt nie chciałby!
– Co Ty wygadujesz?! – oburzył się, a ja znów doszukiwałam się w tym obłudy.
– Tak, Wy wszyscy tacy jesteście! – rwący potok nieprzemyślanych słów, wylewał się fekaliami, z odbytu ust. Nie myślałam, że go tym ranię, że jestem niesprawiedliwa, że właściwie to nawet nie myślę, co mówię… Liczyłam się tylko ja, moja prawa pierś – świata pępek, i zamieszkały w niej, od niedawna, dziki lokator. Wpakował się, ze swym niewielkim, acz toksycznym bardzo, dobytkiem – zupełnie jak do pustostanu jakiegoś. A przecież ta pierś ma już właściciela! Dbam o nią, pielęgnuję, doglądam, namaszczam, masuję, pozwalam pobrykać z Jego ciepłymi dłońmi. Troskliwym opiekunem jestem, więc: czemu ja?
– Kochanie, teraz muszę już iść do pracy – jak nie chcę się spóźnić – ale obiecuję, że jak tylko wrócę, to od razu pogadamy i zaradzimy coś temu, dobrze? Tylko nie dramatyzuj, nie myśl tyle o tym… najlepiej spraw sobie dzisiaj jakąś przyjemność… no, trzymaj się, buźka, pa pa, do potem… – jak zwykle rzeczowo, konkretnie, spokojnie. Ale jakoś, tym razem, ukojenia nie przyniosło. Wręcz przeciwnie: rozwścieczyło nawet! Jak on może tak cukierkowo dobierać słowa, podczas, gdy ja umieram?!? Cmok – cmok – do wieczora – a może do tego, zasranego, wieczora mnie już nie będzie? Może stoczy mnie rak? Nie, no chyba tak prędko to się na to nie umiera? Trzeba najpierw pocierpieć, musi być chemioterapia, wypadną mi włosy… Jak ja to wszystko sama zniosę? Jak przejdę przez to wszystko sama, bez niego? Zawsze był ze mną, od zawsze, a teraz zostawi mnie, bez wątpienia. Tak kocha te moje piersi – przecież to od nich zaczęła się nasza znajomość, to one sprawiły, że zauroczył się we mnie – a teraz: pach! i jednym, sprawnym cięciem chirurgicznym, pozbawią mnie tego wszystkiego!
Albo prędzej umrę…

Z zadumy wyrwał mnie płacz… Aaaa aaaaa aaaaaa!
Boże! Ja przecież nie mogę umrzeć; mam małe dzieci!!!

Nic mi dzisiaj nie szło. Począwszy od przebierania pupy, karmienia (dziś nie oni, a ja uświniłam wszystko kaszką), a skończywszy na wypełnianiu (a raczej niemożności zabrania się do nich) tych, no, PITów (a przecież umówiłam się, że do południa gotowe będą do zabrania, grrrrr!)…

– Wiecie co, chłopaki? Skończymy śniadanko, zrobimy buzi smaru-smaru, ubierzemy się i pójdziemy do babci – co wy na to? Wy pobrykacie po mieszkanku większym nieco niż nasza (zagrzybiała) klitka, a mamusi też dobrze zrobi zmiana mentalnego klimatu, hmmm? – bliźniakom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wszak wypady do babci to to, „co tygryski lubią najbardziej”.

Przewietrzone i dotlenione myśli są znacznie przyjemniejsze od takich zmurszałych i podduszonych w sosie własnym. Zanim przeszłam te sześć klatek dalej, moje samopoczucie wskoczyło, na pięciolinii, kilka taktów wyżej. Przycupnęło na grzędzie, bliżej: „nie jest tak źle”, z tyłu zostawiając: „jest tragicznie”.
Dzzzzzzz – domofon, fałszywie, za to skutecznie, zaterkotał – i, niewidzialny głos, zabrzmiał stałym, wyuczonym, retorycznym: – Halo?
– To ja, otwórz – bzzzzzzz…

– Cześć, co tam u Ciebie? – siostra wychyliła zza drzwi rozczapirzone włosy, nienaturalnie bladą (bo jeszcze niepomalowaną) twarz i różową, pomiętą piżamkę.
A jednak było źle! Tragicznie! Już od samych drzwi! „Nie jest tak źle” spadło gdzieś, z grzędy, w otchłań bezdenną i odmęty, najdalej wysunięte, kiepskiego samopoczucia.
– Co? Ty się jeszcze pytasz? Mam guza w piersi! Nowotwór! I nie wiem: czy nie złośliwy? – cały planowany odpoczynek i chęć odetchnięcia od tego czegoś, co przyczepiło się do mnie, jak podskórny rzep, i chodzi ze mną, krok w krok – rozmyło się, jak plama na deszczu.

Cały dzień był już do bani. Gdy szłam ulicą, wydawało mi się, że wszyscy patrzą na moje piersi i widzą, jaka bezlitosna bestia zaczaiła się w jednej z nich. Jak wychyla się zza cycastego pagórka i łypie na nich swymi nienawistnymi oczami. Jakby już teraz upolować chciała kolejną ofiarę. Jakby mało jej było mojej krwi, mego istnienia. Jakby nie dosyć krzywdy wyrządziła.
Wyobrażałam sobie, że prawa pierś zniekształciła się, niczym odbicie jej w krzywym zwierciadle „beczki śmiechu”. Że przybrała nienaturalne rozmiary, i odstaje już znacznie od swej siostry bliźniaczej – piersi lewej.
– Spokojnie, to tylko twoja chora wyobraźnia. Oddychaj spokojnie, miarowo, oddychaj… – uspokajałam myśli, ale dziś kiepskim coś byłam mentorem. Nawet dla kogoś, kogo znałam od podszewki; dla siebie samej.

Po południu zadzwoniła Aga. Taka moja forumowa „siostrzyczka”. Dawno nie rozmawiałyśmy, więc kiedy – na wyświetlaczu rozklekotanego Siemensa – pojawił się jej numer, lico jakby rozchmurzyło mi się nieco.
– No, hej, co słychać? – szczebiotała, a mnie – po raz pierwszy dzisiaj – nie wkurzyło to, ni nie zapędziło w kozi róg.
– Cześć, Aguś, dobrze, że dzwonisz. Miło Cię słyszeć…
– Yyyyy…coś się stało? – w jej głosie drgnęło coś, jak gdyby maleńka szczypta wahania.
– A czemu? – nieopatrznie zbiła mnie z tropu. To ja miałam zaskoczyć ją tą złą wiadomością, a stało się na odwrót. Ona, niezawodnym, kobiecym niuchem, zaskoczyła mnie.
– No, przecież słyszę – taaa, zapomniałam, że przed nią nic się nie ukryje. Przez słuchawkę wytarga ze mnie i przetrzepie wszystkie emocje. W przestrzeni eteru nałykają się jakiejś próżni, czy czegoś, bo potem wracają do mnie, tą samą drogą, ale już jakby obiektywne bardziej, zdystansowane i z dużo mniejszą siłą rażenia. I ślipia strachu, choć nadal wielkie i wybałuszone, znajomy już kolor mają. Coś jakby zieleń, zgniła, khaki. Ale jak zieleń, to już coś nieopodal nadziei… „Kotów kat ma oczy zielone (…) pazurami trzymam się za życia brzeg” – Grabaż ryczał z głośnika, a ja musiałam potencjometr „off” uczynić, ażeby słyszeć konstruktywny głos Agnieszki – jesteś tam, w ogóle?
– Tak, tak, jestem – nie dodałam już, że wyrwana z długiej wędrówki po bezkresnej pustyni myślideł.
– Zatem: dowiem się, co się dzieje, czy nie?

Nie muszę chyba dodawać, jaką litanię żalów przetrzymać musiała ta wspaniała kobieta. Wierzcie mi jednak, że ten mój bełkot, w ciągu kilkunastu minut, przerobić potrafiła na – jeśli nie pozytywną, to na pewno: zupełnie jałową – papkę. Jakby w posiadaniu była jakiejś magicznej maszynki, która wszelkie gryzaki duszy i ciała przemiela na barwne motyle, a w najbardziej beznadziejnym przypadku – niegroźne, nieszkodliwe całkiem, ćmy. Prawdziwa z niej zaklinaczka bolączek: nic to dla niej trudnego oswoić je, ugłaskać, odwrócić ich uwagę, rzadko – przekupić.
– Dziękuję, że jesteś! Wiesz, ile to dla mnie znaczy, prawda? – nic oryginalniejszego, chwilowo, nie chciało przyjść mi do głowy.
– Trzymaj się, Wikuś, i pamiętaj, że jak coś, to wal do mnie, jak w dym! Aha, i jeszcze jedno: moja mama też ostatnio tak miała i skończyło się na strachu; lekarz powiedział jej, że to na skutek jakiś zmian hormonalnych. Dobrze będzie, zobaczysz, nos do góry! No, kończę na razie, bo mąż powtarza ostatnio, że przeze mnie pójdziemy z torbami. To pa!
– Pa! – faktycznie, jak jeszcze trochę zechcę poużalać się nad sobą, to Aga zbankrutuje. Wredna ostatnio ze mnie egoistka i egocentryczka.

Zmiany hormonalne… Hmmm, zawsze miałam zaburzenia w tej materii, to by się nawet zgadzało – tonąc, chwycić się wolałam, tej medycznej brzytwy.

Po powrocie Iwa z pracy, wykrzesać potrafiłam już z siebie tyle chęci, chcenia i sił, by przygotować mu jaką taką kolację. To znaczy: bardziej „jaką” niż „taką”. Ale, jakby nie było, zawsze to już coś…
– Jak, Skarbie, minął Ci dziś dzień? Bardzo się zadręczałaś? – uraczył mnie troską i czułością nieproporcjonalnie większą od tej, z jaką pieczołowitością jak przyszykowałam marną jajecznicę, po Jego ciężkim dniu pracy.
– Eee, tak sobie – skłamałam, nie bez wyrzutów sumienia.
– Widzisz już wszystko wyraźniej? Dzień rozsądniejszy bywa od czarnej nocy czy zaspanego poranka, prawda?
Wtuliłam się w niego, bez doszukiwania się fałszu w jego głosie i wyzywania go od męskich, szowinistycznych świń.
– Prawda – odpowiedziałam, ale tylko w myślach.
Jak dobrze mieć obok siebie bezpieczną przystań męskich, silnych ramion. Jak dobrze mieć telefon i rozsądny w nim głos. Jak dobrze mieć przyjacielskie, przyjaźnie pogodne dusze, na wyciągnięcie ręki, czy choćby zmysłu słuchu.

W aurze ducha mego, musiało być o niebo lepiej, skoro pozwoliłam Mu na drobne pieszczoty. Nie nalegał na więcej, a ja byłam mu za to niezmiernie wdzięczna. Nie potrafiłabym skupić się na seksie, jako seksie. Ale ta garstka czułości była mi wręcz niezbędna do tego, aby czuć się jeszcze chcianą, kochaną, pożądaną i atrakcyjną kobietą. Nawet z „tym czymś” w piersi; choć starałam się dryfować malachitową falą pragnień jak najdalej od atolu „tego czegoś”.
– Iwo, ja nie umrę, prawda? Nie mogę przecież! Ale spójrz, Ten Ktoś U Góry, chyba nie po to obdarzył mnie potomstwem, ażeby teraz, po kilku miesiącach, brutalnie, pozbawiać mnie Tego Skarbu… a ich – matki, nie? Chciałabym patrzeć jak dorastają, przynoszą świadectwa z paskiem, przyprowadzają do domu synowe, czynią nas dziadkami… Doświadczyłam dopiero, jak połamali moją ulubioną spinkę, a przecież naturalnym jest, że i jakieś kobiece serce złamią. Kto, wtedy, wytłumaczy im istotę i moc potężną uczucia, jak nie matka? Pozbawieni matczynej miłości – na kogo kiedyś wyrosną? Zrób coś, błagam, nie pozwól mi umrzeć! – monolog z czasem przemienił się w duszący, spazmatyczny szloch. Iwo wtulił mnie w siebie, pocałował – niemyte dziś jeszcze – włosy i – jak zwykle rozsądnie – zaszeptał:
– Powinnaś pójść jutro do lekarza. To chyba najwłaściwsze rozwiązanie. Będziesz wiedziała, zamiast tylko domyślać się…

– Póóóóójdę – bardziej zaziewaaaałam, niż odparłam. I, zmęczona, odpłynęłam w objęcia Morfeusza (sic! Podwójna szczęściara ze mnie: dwa pierwiastki męskie w jednym łóżku. Zazwyczaj trójkąty nie wchodzą w grę, ale dziś było mi to nawet całkiem na rękę).

W poczekalni Poradni K, jak zwykle, kolejka. Cierpliwie czekałam, choć w środku jakaś rozedrgana byłam. Cud niebios, że udało mi się dostać do lekarza na dzisiaj.
– Z czym pani przychodzi? – suchy i szorstki głos pani ginekolog niemile przejechał po narządzie słuchu.
– Bo ja, pani doktor, kontrolowałam ostatnio swoje piersi, i wyczułam w nich dziwne zgrubienie – ledwo opanowywałam się, by nie ferować wyroków, typu: rak, nowotwór – kiedyś robiłam to systematycznie, ale potem – ze wstydem ściszyłam głos – jakoś to zaniedbałam: przez rok karmiłam bliźniaki naturalnie, a później… jakoś tyyyyle się działo… że sama nie wiem… – pragnęłam ukryć się za tym „tyyyle” i zwalić na nie winę za swe niedbalstwo i grzech zaniechania.
– Proszę ściągnąć bluzkę i zsunąć biustonosz… – choć starałam się, nie mogłam wyłowić tam empatii, zrozumienia czy choćby współczucia. Kolejny przypadek medyczny, nic nadto, i nie wiedzieć nawet: czemu spodziewałam się czegoś innego?
– Ile ma pani lat?
– DWADZIEŚCIA SIEDEM… (Za mało, by umierać, ale i za mało na bezpłatną mammografię – zamajaczyło mi się)
– Dobrze, proszę się ubrać…
– I co, pani doktor? – lubieżnie spoglądałam w jej źrenice, jakby stamtąd właśnie nadejść miało ocalenie. „Towar macany należy do macającego” – ja, przed chwilą obmacana, gotowa byłam rzucić się na swoją wybawicielkę ze słowami: – Moja Ci Ona!, gdyby tylko… gdyby tylko… niechby okazało się, że…że…
– Tak, coś tu można wyczuć. Nie sądzę, ażeby było to coś groźnego, aczkolwiek niezbędne będzie badanie usg. Niestety, jako, że przychodnia nie dysponuje sprzętem z tego typu głowicą, musi pani wykonać to badanie prywatnie…
Spadłam w otchłań bezdenną…

Kap… kap… kap… Łzy rzęsiście moczyły świeżo wyprasowaną, pachnącą jeszcze – morską bryzą płynu do płukania tkanin – koszulę Iwa.
– I skąd my weźmiemy tę kasę? Na wszystko nam ostatnio brakuje! Kończą się pieluchy, nie mamy mleka, zalegamy z gazem, a tu jeszcze to! Biednemu zawsze wiatr w oczy! – chlipałam, pociągając nosem – a więc jednak umrę, widzisz, umrę! Zanim uzbieramy na badanie, guz urośnie taki duży, że nic już nie da się z nim zrobić – rozszlochałam się na dobre.
– Nie martw się, wyciągnę pieniądze, choćby spod ziemi! – mój mężczyzna starał się być przekonujący, choć widziałam, jak przykurczył się przy tych słowach – zarejestruj się, będziesz miała te 80 zł, obiecuję Ci!

– Dzień dobry, chciałam zarejestrować się do radiologa (…) Na kiedy?! Za tydzień?! Ależ, pani nie rozumie: ja nie mam tygodnia! Potrzebuję już, teraz, za chwilę choćby! To sprawa życia i śmierci! (…) Że każdy tak mówi?! Proszę pani, przecież ja nie żartowałabym z takich poważnych spraw! (…) Naprawdę nie da się nic zrobić, wcisnąć mnie, gdzieś tam? (…) Ehhh, no trudno… Czy może? No, chyba musi, a nie może… Dobrze, zanotowałam: czwartek, jedenastego, godzina jedenasta dwadzieścia. Dziękuję, do widzenia…

Głupia, nierozumna, bezduszna baba! Niech ją! Nawet, jeśli nie umrę przez ten tydzień, to – na pewno – odejdę od zmysłów. Długie, bezkresne, siedem dni nieopierzonych myśli… Dobrze, że nie: dwadzieścia siedem!
Dwadzieścia siedem… dwadzieścia siedem – zaraz, czemu, w ogóle, takie głupoty chodzą mi po głowie?

… dwadzieścia siedem…

… dwadzieścia… BOŻE – … siedem… – TYLKO NIE TO!!!

Miałam wtedy szesnaście lat. Oprócz tego: zielone włosy, agrafki w uchu, potarganą bluzę, spodnie w – niedbale naszyte – różnokolorowe łaty i jednego glana zielonego, a drugiego pomarańczowego. Moim niezawodnym kompanem była maleńka, gumowa, różowa kwaczuszka, na trzymetrowym, krowim łańcuchu. Kochałam poczciwe, dobre, tanie wino, dzikie pogo i punka, zjadliwego w każdej postaci.
Jak dziś pamiętam tę rozmowę:
– Kim w przyszłości będę? No future! Nie istnieje przyszłość! Jeśli wcześniej nie zapiję się, nie zaćpam, albo nie skorzystam z dobrodziejstwa błogosławionego „złotego strzału”, to – na bank – strzelę sobie w łeb, jak Kurt. Albo umrę, w jakikolwiek inny sposób, mając DWADZIEŚCIA SIEDEM lat. Jak Cobain, Morrison, Hendrix, Joplin i Inni Wielcy (oj, teraz to już parafrazuję, bez pewności, wszak tyle lat minęło, że mogę przekręcać już niektóre fakty, tak oczywiste w młodości). Dwadzieścia siedem lat. Jeju, to jak dinozaury jakieś! Liczy się tylko tu, i teraz. No future! No future! No future!

Wtedy „carpe diem” przełomowym odkryciem było.

A i śmierć kusiła, wciągała i fascynowała. Znaleźć się TAM, po drugiej tęczy stronie, największym chyba pragnieniem było. Choć, ponoć Ci, którzy o samobójstwie wciąż rozprawiają, za słabi są, ażeby zdobyć się na ten krok. W moim przypadku sprawdziło się. Jeśli chodzi o paru, bliższych czy dalszych, znajomych – niekoniecznie.
Żyletka roztańczona na pokaleczonych nadgarstkach. Biała, gorzka dama zalepiająca nozdrza czy zaślepiająca żyły. Mózg rozbryzgany na chodniku i – oniemiała jeszcze, rozkołysana – firanka, trzy piętra wyżej. Pijane zapasy z tirem: ja, czyliż on?
Im wymyślniej – tym lepiej. Misterium umierania – to było coś! Te śmierci miały w sobie jakiś swoisty urok, magię, emanowały sobie tylko właściwym – i zrozumiałym dla zaledwie garstki Wybranych – blaskiem. A Ci-Piękni-Kilkunastoletni, którym dane było Przekroczyć Tę Granicę – urastali, w oczach wielu, do rangi niemalże bohaterów narodowych. Nooo, już – na pewno – lokalnych.

Dwadzieścia siedem lat… Całe wieki dzieliły mnie od tej starości…

Kiedy stuknęła mi osiemnastka, poczułam, że pora przyszła wziąć odpowiedzialność za swoje życie, w swoje ręce… Błyskawicznie dojrzałam. Szybciej dużo, niźli moi rówieśnicy. Zawsze jakby tą dojrzałością odstawałam nieco ponad nich… Nawet, kiedy chmurki łapaliśmy, z krążącej wokół lufki, ja – pomimo uwielbienia stanu, pospolicie fazą zwanego – przekornie starałam się chwycić krawędzi świadomości. Niby jedną nogą wkraczałam w odmienność, ale umysłem całym chciałam pozostać na dróżce odpowiedzialności. Trudne do wytłumaczenia: takie kontrolowane łapanie bani, gdy chcesz jednocześnie za nogi trzymać przyzwoitość.
Podobnie z piciem. Każdego, niemal, dnia łajdaczyłam wargi tym, szkarłatnym, trunkiem, nie zapominając przy tym, by kropel parę uronić za Sida i krasnoludki. Pewnego ranka spostrzegłam, że „wczoraj chyba sprzedałam złoty pierścionek” i dzisiaj – gówno mnie obchodzi, że nie ma za co – ja MUSZĘ się napić. I – znowu przekornie – miast do monopolowego, zeszłam do piwnicy, porąbać drzewo. Spędziłam tam cały dzień, chcąc fizyczną pracą zwalczyć fizyczne objawy uzależnienia. Potem już było tylko lepiej. A od tamtej pory nie tknęłam alkoholu. Absolutnie. I za nic miałam sobie podejrzliwe, a nawet kpiące i sarkastyczne, spojrzenia innych. Co osiemnastka – to Karotka. Koniec, kropka.
Było jeszcze kilka, istotnych, zmian w moim życiu; roszad parę…

Rodzice… Rozwiedli się, znaleźli sobie partnerów – przeszło dwadzieścia lat – młodszych od siebie (chora licytacja: – mój młodszy jest dwadzieścia dwa lata, hahahaha; – zatem: ja wygrałem! ona – ode mnie: dwadzieścia i trzy! buhahaha!) i zafundowali mi przyspieszony kurs dorastania, w pigułce. Beztroskie dzieciństwo zamieniłam na niespokojny ocean burzliwej młodości.

Nadeszła pora nauki rozstań. A raczej: przyjmowania ich z godnością i bez grymasu na twarzy.
Odeszła ode mnie Jagoda, najlepsza przyjaciółka i powierniczka najskrytszych sekretów…
Ja czekałam „z tym”, ale ona dość wcześniej zaczęła „grę w te klocki”. Brakowało jej tygodnia do lat piętnastu, gdy dziewictwo swe zaprzedała pewnemu frajerowi – na pewno – nie godnemu, by w niej zasmakować. Pośpiesznie skonsumował, nie mając zamiaru delektować się dłużej, jej anielską urodą, lokami koloru zboża i niewinną, dziecięcą buzią, bielutką jak alabaster. Od tej pory, ona leciała z łap do łap, szukając ciepła i zrozumienia. Nawet w sercu dobrego Iwa nie potrafiła zagościć na dłużej… Po tej miłości został jej brzuch, który następnie przybrał zgoła inne, kwilące cicho, kształty i imię: Mikołaj (ku pamięci tamtej nocy). Rodzice jednak zabronili jej kontaktu z ojcem dziecka, albowiem nie pasował on do ram ich wyobrażeń o potencjalnym zięciu: miast mercedesa posiadał jedynie: irokeza (choć okazały, to jednak nie wystarczył, by ich obłaskawić). Mikołaj pozbawiony został ojca, a nawet więcej – należnego mu nazwiska. Iwo – syna. Jagoda – alimentów. A ja – przyjaciółki.
JEDENAŚCIE lat budowania relacji, która nie każdemu jest dana – a tu, pssssss, jeden podmuch zakazu jej rodziców (że niby to ja – skąd mieli wiedzieć, że żelazna dziewica? – zwiodłam ją na te seksualne manowce) i zgasili słońce przyjaźni. Długo nie mogłam się podnieść; pozbawiona dotychczasowego powietrza, na nowo musiałam się nauczyć robić łapczywe oddechu hausty. Widać, w próżni też da się złapać oddech. Za to uśmiech przychodzi z dużym trudem.

Tak, w tym wielkim wszechświecie, odnaleźliśmy się: ja i Iwo. Bóg, czy jak Go tam zwać, lubi podmiany: coś za coś. Gdy drzwi zamyka, to lufcik w oknie, uchylony, stara się zostawić. Oczywista zatem była dla Niego roszada: pluszowy pies Wauzi, z którym od zawsze spałam i Jagoda, za Iwo. Dla mnie mniej logiczne to było, ale – z czasem – przestałam buntować się i z pokorą przyjęłam, co zostało mi dane. Tym bardziej, że nie dostrzegł, skrytej za biurkiem, punkowej kwaczuchy. Bilans wyszedł zatem na plus, dla mnie: ja, Iwo, kwaczucha i – niezmiennie – punk…

Dwadzieścia siedem lat. Boże, jak to zleciało! Mam teraz dwadzieścia siedem lat.
Pif… tyle, co Kurt… Paf!
Ale ja nie chcę jeszcze umierać! Przecież jestem na to jeszcze za młoda!

Po kiego mi ta pieprzona wiara w cholerne symbole, w magię liczb?!
Jakby tego było mało, mija JEDENASTY rok wspólnego życia z Iwem. Tyleż samo, ile wynosił wspólny życiorys mój i Jagody. Przez te liczby to kiedyś kręćka dostanę! Taki prywatny, osobisty „Dzień świra”.

Właściwie nie napisałam jeszcze o jednym…
Przed paroma miesiącami, „my”, wspólne: moje i Iwa, załamało się, wdepnęło w jakiś trójkąt bermudzki (niczym w gówno śmierdzące), w odmęty niebytu. I nie było „nas”. Zostałam ja, samotność i siedmiomiesięczne bliźniaki. A Iwo, na dłuuuuugo, poszedł w długą. Jakby przerosło go to całe – tak upragnione, wyczekiwane i wytęsknione – ojcostwo. Taka mało rozsądna, tchórzowska nawet, mało męska (choć tak typowa temu (pod?)gatunkowi) ucieczka przed odpowiedzialnością.
Wszystkiego nam brakowało: czasu, snu, jedzenia, jemu również – seksu. Zatem tacy: przemęczeni, niewyspani, głodni, wyposzczeni – poczęliśmy oddalać się od siebie. I w pewnym momencie, postaci nasze skryły się gdzieś w cieniu, za horyzontem zdarzeń. Ja, nie zdając sobie z tego sprawy, zaaferowana – wiecznie rozkrzyczanymi i wciąż niedojedzonymi – bliźniętami, nawet tego nie zauważyłam. A on – nie dał mi żadnego znaku, szansy, bym spostrzegła się wcześniej, zrobiła coś, rzuciła koło ratunkowe, poczęła ratować, reanimować… Pewnego dnia, po prostu, nie wrócił z pracy. Obdzwoniłam komisariaty, szpitale, znajomych. Okazało się, że od dwóch tygodni już nie pracuje. Że ma zaciągnięte kredyty, pożyczki, raty, że po uszy tonie w długach. Że od dłuższego czasu zapomnienia szuka w amfetaminie. Że kilka kobiet chętnie by…fuj!
Boże, jak mogłam być tak ślepa, nieczuła?! Musiał prosić o pomoc, niewerbalnie choćby, a ja to zignorowałam, przegapiłam, przeoczyłam. Liczył na mnie, zawsze byłam jego Aniołem Stróżem, gdyż mało asertywnie radził sobie z rzeczywistością – a teraz zawiodłam go!

Pięć długich, ciężkich, bolesnych – a czasem nawet upokarzających – miesięcy batalii o normalność, znalezienie drogi do porozumienia, scalenia rodziny – na powrót – w jedno. Wygrałam tę wojnę.
Dlatego zapomniałam o tym napisać. Bo żyjemy nadal, i kochamy się, jakby tamtego nie było. Choć, gdzieś, w głębi, pewnie jesteśmy przez to innymi ludźmi…

Uświadomiłam sobie, że dopiero teraz zaczęłam kojarzyć to z JEDENASTKĄ czy DWADZIEŚCIA SIEDEM…
Kiedy odszedł, to tak, jakby CZĄSTKA MNIE UMARŁA. Po jedenastu, wspólnie spędzonych, latach. I w wieku dwudziestu siedmiu lat.
Jakby Ktoś spełnił to, o czym kiedyś, z taką pewnością, rozprawiałam…

A teraz, na dokładkę, ten guz…

Zaraz, zaraz, skoro wygrzebaliśmy się z takiego kryzysu, najpoważniejszego, jakiemu kiedykolwiek przyszło nam stawić czoła… wytrwaliśmy jako jedność, jako pełnowartościowe „my”… teraz, gdy razem jesteśmy, tak naprawdę „na dobre i na złe”… Są dwa wyjścia: albo umrę, zupełnie, na amen; albo nic i nikt nas już nie złamie na wieki; chrzanić Cię, Śmierci!
Pół na pół, pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, orzeł bądź reszka; wóz albo przewóz (w domyśle: karawanem).

– Kochanie, może poprosimy dziś rodziców, by stanęli na straży snów naszych bliźniaczych Skazanych Na Punka, a sami pójdziemy rozerwać się do naszej ulubionej knajpki? W Gnieździe grają dziś Czesi – prostym, szybkim rytmem, Iwo, wyrzucał słowa z prędkością pocisków karabinu maszynowego.
– No co Ty, Benjaming Band? Ehhh, ze dwa lata minęło, jak nie byliśmy na nich. Taaa, dokładnie: cała ciąża, no i niemowlęcy czas chłopców. Jasne, ja się na to piszę! Mam ochotę porządnie wyskakać się i wyrzucić z siebie cały strach. Ty to zawsze wiesz, jak podnieść moje morale! Kocham Cię!
– Ja też Cię kocham!

Pogo nie przeminęło wcale z kurzem… Wchłonęło nas zatem, bez reszty. Wchłonęło cały lęk, bezsilność, obawy, nazbyt ciężkie myśli, zostawiając znośną całkiem lekkość bytu. Znów byłam ja, Iwo i punk. Tylko kwaczucha gdzieś się zapodziała. Najważniejsze jednak, że nie było pomiędzy nami tego zasranego guzka. To znaczy, fizycznie niby ciągle sobie tam tkwił, ale moje myśli rozproszone, roztańczone, rozwirowane, rozpogowane – pozostawały wolne od tego uwierającego kamyczka w buc… w piersi…

Czwartek, jedenastego. Jedenasta piętnaście.
Siedzę w poczekalni czystego, sterylnego, pachnącego, prywatnego gabinetu lekarskiego. Oglądam, niespiesznie, obrazki wiszące na ścianie utrzymanej w pastelowej tonacji. Okiem rzucam na artykuł w National Geographic, ten o bogactwie ornitologicznym stawów milickich. Wyłapuję, mimochodem, okruszki rozproszone na lazurowej wykładzinie.
Tik tak tik tak…
Jedenasta osiemnaście.
Tik tak tik tak…
Pół na pół, pół na pół, pół na pół…
Tak tak tik tik… dwadzieścia… Już myślałam, że wejdę do gabinetu z precyzją czasową godną miana prywatnej (bo te publiczne kolejki, w publicznej – tak zwanej – służbie, tak zwanego zdrowia… ehhh… o pomstę wołają, nie tylko do nieba, ale i do Trybunału Konstytucyjnego, Fundacji Helsińskiej, i gdzie tylko się da). Ale, za drzwiami, cisza, żadnego kotłowania, żadnego zbierania się do wyjścia… Nic, czekam cierpliwie…
Klamka trzasnęła; z pokoju wylała się niemal, zasuszona kobiecina, z bukietem łez w fiołkowych oczach… Jezu, co on jej zrobił? Serce jęło bić mi jak oszalałe…

– Pani Wiktoria Wolf… – przyjemny głos, milutkiej asystentki, dał mi w twarz.
– Jestem! – zerwałam się, jak sztubak, wyrwany – niespodzianie – do odpowiedzi.
– Proszę do gabinetu…
Mój wzrok zatrzymał się na wskazówkach, śmiejących mi się w twarz, śmiercionośnym: JEDENASTA DWADZIEŚCIA SIEDEM. Boże, tylko nie to! Nie daj mi umrzeć, ocal (chwila zastanowienia, czy dodać: niech się dzieje wola Twoja?). Nogi ugięły się pode mną, oblał zimny pot. Rozglądać poczęłam się za drogą ucieczki (a może jednak lepiej nie wiedzieć?!). Ale za późno było już na odwrót. I za mną klamka zapadła, jak – wcześniej – za tą wysuszoną, płaczącą kobietą…

Doktor był czterdziestokilkuletnim, szpakowatym nieco mężczyzną, z przenikliwym, ciepłym spojrzeniem i silnymi rękoma. Taki typ, co to ufa mu się bezgranicznie, wierzy w każde jego słowo, i czuć można się przy nim, naprawdę, bezpiecznie. Fala spokoju rozlała się, błogą kałużą, po moich plecach. Coś niecoś skapnęło także na piersi. Spojrzałam: galaretowata maź do badań ultrasonograficznych.
Lekarz zrobił wywiad (co, po co i dlaczego) i przystąpił do badania. Najpierw – własnoręcznie – postanowił sprawdzić, czy „to coś” ciągle tam pozostaje. Nie czułam skrępowania, że pierwszy – od jedenastu lat – mężczyzna inny niż Iwo, trzyma dłoń na tej – przywiędłej już nieco czasem i rocznym, naturalnym karmieniem – piersi. Widać: było, skoro sięgnął po oręż, w postaci głowicy usg. Jawił mi się niemal jako rycerz, który postanowił wybawić mnie z paszczy okrutnego smoka. Albo: smoka wywabić z pieczary mej piersi… sama już nie wiem. Było mi obojętne, co się zaraz wydarzy; chciałam po prostu usłyszeć: jest pani zdrowa! Czyż proszę o tak wiele?

Ale nie… Jeździ po mej piersi, niczym autodromem, albo wahadełkiem jakimś: jest? nie ma? jest? nie ma? Nie spuszcza wzroku z monitora, choć ja widzę w nim jedynie niewyraźne, bezkształtne, rozmyte plamy… I gadki sobie szuka.
– Ile ma pani lat? Ile dzieci? Oooo, bliźniaki, a ile już mają, jak dużo ważą? Jak wyprowadza ich pani na spacer: wózkiem, na rękach, na nóżkach, za rękę, na smyczach? Co pani robi na co dzień; pracuje pani gdzieś?
No, niepoważny, powiadam Wam! Ważą się moje losy, moje być albo nie być, a on tu rozpytuje, ciekawsko, o szczegóły z mego życia osobistego! Bezczelny!
Cały ten autorytet i poczucie bezpieczeństwa zaczęły powoli ulatywać, jak powietrze ze źle związanego balonika…
Nie, wiem! Zagaduje mnie, bo zobaczył na tym wszechwiedzącym ekraniku coś przerażającego, i nie bardzo wie, jak – w humanitarny sposób – mi tę złośliwo-nowotworową wiadomość przekazać. Jeju, chciałabym już stąd uciec!

– Dobrze, pani Jadziu, piszemy – z oddali jakby, dobiegał mnie ten spokojny, ciepły głos… – w miejscu (…) zgrubienia (…) prawej piersi (…) widoczna jest (…)
Choć wcale nie pogowałam, świat wokół cały wirował… Nie byłam pewna, czy jeszcze jestem, żyję, czy to paskudztwo, stoczyło mnie już całą, od środka?

– Proszę się ubrać… Osiemdziesiąt złotych… – lekarz i asystentka wpatrywali się we mnie jakoś natarczywie, jakby natrętnie.
– Halo, dobrze się pani czuje?!
Dopiero teraz ocknęłam się z tego dziwnego osłupienia. – Taaaa, dobrze – powiedziałam z – nie do końca – pewnością i jakby grymasem na twarzy…
– Osiemdziesiąt złotych – powtórzyła sympatyczna, rudawa i słodko piegowata, pani Jadzia.
– Aaaa, proszę – przepraszam – i dziękuję – wydukałam cały zestaw uprzejmych zwrotów.
– Teraz już pani wie, po co zadawałem te wszystkie pytania? Po to, by stwierdzić, skąd u pani takie skrzywienie kręgosłupa, a co za tym idzie – wygięcie chrząstki żebra, która pozostaje nieco wyżej niż pozostałe. Musi pani zacząć się troszkę oszczędzać: dzieci odchowane z najgorszego, pora więcej myśleć o sobie! Ciąża bliźniacza, to już było – dla pani filigranowej budowy ciała – prawdziwe wyzwanie… koniec z noszeniem na rękach! Inaczej wprost od radiologa wpadnie pani w ręce ortopedy i kręglarza! Aha, i – tak nawiasem mówiąc – myślałem, że ciąża mnoga bardziej poturbować potrafi tarczycę; ale pozwoliłem sobie spojrzeć – i, u pani, wcale nie wygląda to tak najtragiczniej…
Nic nie rozumiałam z tego monologu. Taki bełkot, by rozweselić umierającą dwudziestosiedmiolatkę – pomyślałam. Ale grzecznie za niego zapłaciłam, podziękowałam, pożegnałam się i zamknęłam za sobą drzwi. Również wyszłam przygarbiona nieco, przygaszona – ale przynajmniej nie płakałam.
Niemniej w oczach kobiety, która wchodziła po mnie, także dostrzegłam iskierki przerażenia i zagubienia.

Nie miałam śmiałości spojrzeć do białej koperty, w której zapakowany był wynik. Czy też wyrok. Jak zwał, tak zwał…
Cały dzień krzątałam się, to tu, to tam… I tak, jakoś, zjawił się wieczór. A wraz z nim, Iwo, z pracy. A ja, jakbym oswojona była bardziej ze śmiercią, przemijaniem, jakbym spokorniała już w tej swej fazie buntu, pogodziła się, ociupinkę…
– Jak tam, Aniołku, u lekarza? – widać było, że – nienaturalnie – przełknął ślinę wraz z tym pytaniem…
Bez słowa, za to z wielkim namaszczeniem, podałam mu kopertę, a w niej podpisany cyrograf…

„W miejscu słabo wyczuwalnego zgrubienia… – zaczął głośno, powoli i wyraźnie czytać, przesadną uwagę zwracając na artykulację, akcent i znaki interpunkcyjne – …od strony kwadrantów wewnętrznych prawej piersi, widoczna jest chrząstka żebra. Poza tym utkanie piersi bez zmian ogniskowych o mieszanej strukturze, częściowo tłuszczowej, częściowo gruczołowej. Nie wykazano patologicznych węzłów chłonnych w dołach pachowych… Podpisano: dr n. med. specjalista radiolog Tomasz H.”

– Kocham Cię, kochanie moje! – śpiewnie wykrzyczał i zaczął kręcić mnie w kółko – aż, trzeci raz od wczoraj, zawirował mi świat przed oczyma!
– Zaraz, zaraz… jak to? To nie nowotwór? – dopiero teraz, z mroków niezrozumienia, wyłuskiwać poczęłam sens słów doktora. O ciąży, dzieciach, dźwiganiu, odpoczynku… (I złajałam się prędko, za cichutki, niezauważalny prawie, żal, albo i żalek, który – w okamgnieniu – przemknął mi przez głowę: bo wystająca TYLKO chrząstka to nie to samo, co JAKIŚ tam guzek…).

Ktoś, Ode Mnie Mądrzejszy, podsumowałby:
Mam dwadzieścia siedem lat. „Ocalałam, prowadzona na rzeź…”

T-ca, dnia 11 lipca 2oo7?
(taki żart: rok bowiem przeskoczył jedną jednostkę dalej, 2008)

Reklamy

One thought on “Dwadzieścia siedem i pół na pół. Ocalałam prowadzona na rzeź.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s