1 listopada 2011 r.
Wzrok mi zapłonął. W zniczach tląca się pamięć. Skrami buchające wspomnienia. Czyjś odległy głos, roztapiający się w listopadowej ciszy. Niewypowiedziane słowa, niedoszłe spotkania, kilka nieoddanych magnetofonowych płyt. Chwile zaklęte w muzyki bursztynach.
Wiara, że Ci, którzy drżącym paproszkiem są pod niebem naszych powiek, żyją w piękniejszej czasoprzestrzeni. Że niedokończone dialogi rozpasają się kiedyś na łące spełnienia. Że można namalować jednak inne zakończenie.
Bliscy nie więdną, jak zmarznięte chryzantemy.
2 listopada 2011 r.
Jesień mnie woła. Piękna i złota. Rozpalony czerwienią park przyzywa. Szeleszczący las borowikami kusi.
Frywolny liści taniec myśli zaprasza do tanga. Boję się im pofolgować, bo dziwne wiersze z tego powstać mogą. Rozwirowane kolorami. Pachnące nostalgią. Babim latem przepasane. Cóż z takimi później począć?
Poranny seks dzień przyowdziewa w całkiem inne łaszki. Jesień pięknieje, wiatr pieści, drzewa szepczą czułości, uliczny gwar rozlewa się namiętnie na zmysłów tafli. Dobrze mi; rozkosznie, ciepło i miłośnie. Szkoda, że tak nie jest, a bywa jedynie.
(…)
4 listopada 2011 r.
Dziś mój pięciolatek wrócił z zerówki rozgoryczony. Po kamiennym twarzy wyrazie spływały wewnętrzne gorące łzy. Biło i kopało go trzech sześciolatków, z pewnością nakręconych fabułą popapranych kreskówek. Mówił, że koniec “zabawy”, bo to go boli – ale mamina teoria o szczerym wyrażaniu swoich uczuć – jak widać – nie sprawdza się w prawdziwym świecie.
Mam cholerne sumienia wyrzuty, że powołałam ich na tak brutalny świat i nie potrafię poprawnie uzbroić w praktyczną wiedzę, jak przejść przez tę dżunglę bez uszczerbku na ciele, umyśle i duszy.
Utuliłam go. A gdy nie widział, sama skąpałam się w słonych łzach.
Czasem chciałabym być ich nogami – by swoich kaleczyć nie musieli o wyboistą drogę, ich rękoma – by własnych brudzić nie musieli rzeczywistością, ich uszami – by wszelkie wulgaryzmy nie wtapiały się w ich osobowość i oczyma, by odwrócić je we właściwym momencie. Wiem jednak, że matczyna rola polega na tym, by żyć nauczyć. Tylko… czy ja sama żyję właściwie? Czy wskażę im poprawny kierunek? Proszę Cię, o Najwyższy, o siłę i rozsądek. I miłość bez granic.
5 listopada 2011 r.
Dziś punkowe wymiatanie w ulubionym nocnym klubie. Czasem i mama musi odreagować. Trzeźwo i kulturalnie, choć w rytmie brudnych ulic. Oi, oi!
6 listopada 2011 r.
Szeleściłam dziś w parku. Nogi wygrywały radosną melodię na liściastej klawiaturze. Było tak beztrosko i lekko. A potem nadeszła codzienność. Cichy dzień (domowy) na przekór rozkrzyczanej kolorami jesieni.
Siedzieli na ławce. Wtuleni. Zapatrzeni w siebie. Skąpani w feromonach, hormonach i pocałunkach. Delikatnie muskał jej włosy. Ona uczyła się palcami rysów jego twarzy – na pamięć. Świat wokół nie istniał, bo oni całym byli światem. Zajęli całą przestrzeń. Choć to ławka zaledwie była.
Byli tacy piękni, młodzi, tak idealnie zakochani. Spadł liść.
Podniosłam. Zasuszony. Zabalsamowane wspomnienia. Nie pieszczą już moich włosów. Ni wspomnienia, ni Jego dłonie. Wszystko przemija – jak pory roku. Ta zakochana jesień też przeminie, a ławkę przysypie puchowa, biała pierzyna.
Wszystkiego najlepszego – nieznajomi, młodzi zakochańce. Łapcie barwy tej chwili, póki nie wyblakły.
Z delikatną zazdrością – parkowa podglądaczka.
7 listopada 2011 r.
Związani rozklekotanym związkiem. Wtłaczający – mimochodem – w dziatwę przekonanie, że miłość to ciche dni, podniesiony ton, ewentualnie (czasami) względny spokój. Sklejeni przeszłością jednak tak mocno, że ciężko rozerwać wspólny życiorys na pół. Chciałabym nałożyć ciepłe barwy na to paranoidalne tło – ale im mocniej staram się, tym usilniej On wytrąca paletę z moich rąk. I vice versa – ponoć. Kolory czyśćca rozbryzgane na dziecięcych twarzyczkach i osobowościach. Niedojrzałe rodzicielstwo, zapomniane już partnerstwo.
Nadzieja to nic innego jak życie na niby.
Po piątkowym incydencie w zerówce – poważna rozmowa z panią, pani – z rodzicami, przedszkolakami. Przejawy agresji dusić należy w zarodku, nadmiar energii przemieniać w coś konstruktywnego. Sama też muszę znaleźć dobry patent na własną niecierpliwość, frustrację, klapsy czy potrząsanie. To boli ich, i boli mnie samą.
8 listopada 2011 r.
Dzień skąpany w dobrych uczynkach.
Wygrane karnety na fitness i peeling – rozdarowane. Zaniedbana przeze mnie koleżanka – odwiedzona. Samotna babunia – mą wizytą rozradowana. Druga babcia, przed jutrzejszą operacją – pokrzepiona i wymodlona. Pewnej starowinki ciężka torba – poniesiona. Pani ze spadkiem insuliny, na ulicy wypatrzona – do domu odprowadzona. Synowie – wycałowani i wykochani. Niebo – wydziękczynione. Ja – rozanielona.
9 listopada 2011 r.
Zaczerwieniłam się pąsami jesiennych buków. Leżę na mokrych liściach i pstrykam wilgotne kadry. Las szemrze strumykiem i wiatrem. Każde pstryk to nieudolna rozkosz. Każdy szum to majstersztyk prostoty. To moja opowieść. Maleńki skrawek wyrwany skrzydłom wszechświata. Palcem wskazującym chwila wstrzymana. Wtłoczone w cyfrowe oko, fotowizjerem odczuwanie. Namaszczam ciało jesienią. Brąz miękko wsiąka w powieki. Wilgotne szepty wślizgują się w słuch. Listopad nurkuje w powonienia fałdach. Rozmoknięte ego rozszczepia się na liści tysiące. Słońce liże mą twarz. Czerwonym bezruchem tańczę.
Dryń, dryń – dryń, dryń. Komórka nirwanę pogwałciła.
- Gdzie jesteś?
- W lesie.
- ?
- Daj mi minut pięć. Otrzepię się z jesieni i wracam w rzeczywistość.
- ?!?
10 listopada 2011 r.
Z rozrzewnieniem przypominam sobie, jak bliski był mi (On) sześć lat temu, gdy – po dziesięciu wspólnych latach – pozwoliłam Mu zakiełkować w sobie Nowym Życiem. I jak daleko padły owoce od tamtej jabłoni. Jak odległy jest (On) dzisiaj od moich potrzeb i pragnień. I jak bardzo łaknę przyciągania dwóch ciał i jedności naszych dusz.
Kiedy zbliża się weekend, moje mięśnie wpadają we władanie kurczliwego lęku. Ciało kostnieje strachem. Umysł zalewa się bólem – że On zaleje się. Nie potrafię nad tym zapanować.
11 listopada 2011 r.
Czerwono mi w głowie, i liście w niej mokną.
12 listopada 20111 r.
Generalne porządki. W mieszkaniu, w życiu, naszych relacjach. W szafkach kuchennych i w szufladkach macierzyństwa. Poukładane, przewietrzone. Poprane, wykrochmalone, pocerowane. Do jutra szaaaa.
Wieczorna scena łóżkowa. Rozszlochany, pięcioletni syn, wtulony w poduchę. Ja: “czemu kochanie płaczesz?” On: “nieważne.” Ja: “to bardzo ważne!” On: “bo nie chcę umierać. Nie chcę być w ciemnym, dusznym grobie, tak na zawsze i nigdy nie móc wstać, nie móc oddychać. Kocham życie i kocham oddychanie!” Ja: “?” (z mocnym przytuleniem) On: “Mamusiu, a jak umieramy, to nasze myśli zostają, czy umierają razem z nami?” Ja: “???” (z niebytem w ustach)
A potem samotna, umarła noc. On pije. A ja – najmocniej w świecie – boję się samotnych nocy.
(…)
14 listopada 2011 r.
Ciche dni, przeklęte niewypowiedzianymi słowy. Zapaskudzone żalem – rozlanym jak wykipiałe, śmierdzące mleko. Zbieram kożuch niechęci i odruchem wymiotnym wyrzucam z siebie nadzieję.
Ciche dni, błogosławione wypowiedzianą beznadzieją. Nadziei wypowiedzenie składam. Fałszuje ona codzienności obraz, woalę infantylizmu na oczy nakłada. Pora ślepotę zedrzeć ze ślipiów, oczodoły realizmem wypełnić. Dogrzebać się do Prawdy. Nawet za cenę zdartych pazurów, krwi w sercu i łez pożogi na policzkach.
15 listopada 2011 r.
Dolina Baryczy studzi gniew zakrzepły we mnie. Ostoja Koników Polskich wciska w zatkane marazmem pory perły walorów estetyczno-kulturalnych. Wciągam spokój jesiennych, nagich drzew. Las parzy w oczy czerwienią. Zaczyna mi się chcieć powłóczyć nogami i podnosić ręce do życia. Tylko na chwilę. Tylko na wtedy. A muszę na długo – dla dzieci przecież.
16 listopada 2011 r.
Nocy środek. Ciemność na pół rozdarta. Jakiś zgrzyt przebił – trrrach – ekscytujący sen erotyczny, na pół. Zostałam ciałem po tej mniej przyjemnej stronie, wydarta z kart rozlewającej się po mnie namiętności. Noga niespełnieniem spływa, owinięta kołem ratunkowym kołdry.
Dziwny stan zagnieździł się w dołku podbrzusza. Coś jak delikatny trzepot motylich skrzydeł, pragnienie łopotania, łechtania, głaskania tej części nieforemnego brzucha. Potrzeba wypełnienia samotnej przestrzeni pomiędzy udami.
Obok leży On. Na wyciągnięcie dłoni, na odległość wydechu. Cała jestem namiętną lawą, chłonną wrażeń zmysłowych, doznań, spełnienia. Zgasić to jednak w sobie muszę, zdusić, stłamsić, zapomnieć. Splunąć.
Leży obok. On. Ale bez woli budowania, bez poczucia konieczności rozpoczęcia terapii. A ja dość mam już infantylnego latania, jak ta głupia ćma do światła. Widzę tunel bez światła. Wyrwano mi skrzydła. Zmiażdżono godność.
Nie chcę trójkąta: ja-on-alkohol. Tonę w nim.
Kochania łaknę… kochania…
Wiem, że On potrafi je dać. Musi jedynie chcieć. Sam z siebie. Powoli bratam się z myślą, że On nie chce. Wiem, że późno…
17 listopada 2011 r.
Ja mam uczucia, Ty kipisz od złości.
Ja mam nadzieję – Ty obelgi.
Ja wiarą w rodziny siłę otulam się jak jesiennym szalem – Ty wolisz wśród kumpli w zapomnienie uciekać.
Nie wiem czy jeszcze Cię dogonię. Nie wiem czy nadal chcę za Tobą biec. Z dziećmi w bagażu mogę nie nadążyć. Z sił już opadłam.
Chyba, że zaczekasz… zwolnisz… pomyślisz… poczujesz… nadrobisz stracony czas. Nie na chwilę. Na życie całe. Nie na niby. Z pełnym przekonaniem.
Ruch po Twojej stronie. Ale nie mogę czekać w nieskończoność. Mam 31 lat – i czuję, że idę na rzeź. Schwycić chcę Ocalenie.
18 listopada 2011 r.
Nie ogarniam proroczych snów i przeczuć (odczuwalnych przeważnie w dolnej części brzucha oraz w sparaliżowanych strachem mięśniach), którymi coś czy ktoś mnie zasypuje. I to nie raz, dwa, sto razy; na przestrzeni lat zdarzało się to tak często, że wdrukowało się we mnie czytelnie, jest nieodłączną częścią mnie, mojego pogmatwanego ja.
(…)
W ogóle czuję się jakaś taka odklejona od rzeczywistości, niekompatybilna z dzisiejszością, jakbym brodziła pomiędzy dwoma wymiarami. Niestety bardziej to przeszkadza, niźli pomaga.
19 listopada 2011 r.
Od rana wciskam w uszy dźwięki, łechcę słuch rozmaitymi gatunkami muzycznymi. Pobudzona na maxa, wieczorem zaliczam trzy koncerty. Jeden gig lepszy od drugiego.
Ostatnio trzy sprawy dają mi pałera: włóczęga, pisanie, muzyka. Chciałabym skompresować je jakoś w jedną pakę, wyciągnąć wspólny mianownik – i zająć się tym w życiu, by choć liznąć tego, co kryje się pod sformułowaniem: “spełniona”.
20 listopada 2011 r.
Normalnie nie mogę nacieszyć się tegoroczną jesienią. Jaram się nią jak szczenię, które dorwało kapcia czy malec, który odkrył uroki pierwszego śniegu. Zatrzymuję kolory w kadrach, łapię w nie porywy wiatru zaplątanego w szczerbate drzewa, nurkuję w hałdy liści. Rajcują mnie dynie na gankach i ludziki kasztanowe. Wywiało ze mnie dorosłe postrzeganie – i dziecięcym wzrokiem afirmuję listopadowe dni. Chciałabym tak już zawsze. Jedną nogą w codzienności, drugą w Bajlandii. Piotrusiu Panie – scałuj ze mnie jesienną radochę, rozkochaj mnie w sobie na nowo, “otul sobą i ponieś, dopóki starczy odwagi, dopóki starczy sił”… Dzwoneczku – syp pyłkiem, syp! Wzlecieć chcę ponad dzisiaj…
Dziś mama off. W domu dziatwa jedynie. Metryki idą do szuflad z drugim dnem.
21 listopada 2011 r.
Jako, że obiecałam sobie systematyczność w pisaniu, odpaliłam kompa i czekam na natchnienie. Ręce skostniały nad nietkniętą klawiaturą (grzejnik padł, kasiory na naprawę brak i perspektyw żadnych). Wzrokiem przeszywam monitora płachtę, ale po wenie ani śladu, ni skrawka, ni obierzyn, ponatchnieniowych odchodów nawet brak. Youtube’owskie dźwięki wchodzą we mnie przez głośników pomost.
Dzisiaj zleciało tak szybko, że nie zatrzymałam w sobie żadnego okruszka. Zmarnotrawiłam, bezpowrotnie, dwudziesty pierwszy dzień listopada. Nie znajdę natchnienia w czymś, czego nie ma.
Muzyka, którą pochłaniam łapczywie wypięła się na mnie i nie śni podsunąć myśli zjadliwych dla mojego Listopadnika.
Macierzyństwo we mnie ledwo dziś zipie. To nie najlepszy dzień na bycie wystarczająco dobrą mamą – wzięłabym dziś wolne. Jestem emocjonalnie niedysponowana.
To nieprawdopodobne, ale nawet gloryfikowana przeze mnie jesień – przez pryzmat dzisiejszego dnia – wydaje się zbyt bura, zbyt mokra i zbyt chłodna. Wyzuta z namiętności natchnienia.
Szukam czegoś namacalnego. Jestem głodna na seks. Ale ani myślę ruszyć umysłem czy innym ciała członkiem.
Nawet palce odmawiają posłuszeństwa, ze wstrętem odsuwając się od klawiatury. Nie będzie więc nic sensowego. Choć obowiązek o systematyczności – wypełniony.
22 listopada 2011 r.
Cree dziś rządzi. W słuchawkach, uszach, w duszy, serca porywach, w lawie nostalgii, w bursztynach tęsknoty i skrzydłach pragnień.
Czuję nawet jakby leciutko drgały zdechłe motyle w moim brzuchu. Jakby wokal sypał na nie pyłkiem zmartwychwstania – i te, co silniejsze, nie mogły oprzeć się hipnotyzującym nawoływaniom.
“Weź mnie jak wiatr skrzydła ptaka,
weź mnie jak woda, łagodną falą,
weź mnie jak słońce ciepłą rosę,
a ja się wzniosę, podniosę… bo muszę.”
Muszę. A ostatnio nawet chcę. Jak nie pijesz i nie uciekasz w wirtualne namiętności.
Wtedy aż mi się znów wyrywa być (niedoszłą) żoną, kochanką, a nie jedynie matką.
23 listopada 2011 r.
Stało się. Pierwsza umowa zlecenia od czasu idei macierzyństwa. Znaczy się: wracam do świata żywych. Bez wyrzutów sumienia, z lekkim wahaniem i ogromną porcją niewiary w siebie.
Ale ktoś chce mi płacić za słowa – czy można pragnąć czegoś więcej?
24 listopada 2011 r.
Nie potrafię przyjmować komplementów na klatę. Jeszcze przez izolator monitora – jakoś to przetrawię, ale w cztery oczy… O parę za dużo: moich, spłoszonych.
Zawsze umniejszam to, co pochodzi ode mnie: “że to TYLKO”, “ale…”, “tak niezupełnie…”, “a właściwie to…” et cetera.
Coraz wyraźniej rysuje się we mnie lęk przed zmianami – także na lepsze, podgryza mnie wesz prokrastynacji. I kiedy spada na mnie coś dobrego – kurczę się i zamykam w sobie. Tnę się niewiarą, “że chyba jednak sobie nie poradzę”. Kompleksy kneblują usta, zakuwają umysł w okowy i ręce spętlają. Jakbym sama nie wiedziała, czy chcę dojść do skarbu, do którego mapę trzymam w dłoniach.
25 listopada 2011 r.
Czasem myślę, że o wiele prościej byłoby, gdyby Miłość mierzalna była jakąś konkretną formą, formułą, miarą. Jest jej w nas jeszcze tyle litrów, metrów czy zostało jej na tyle jednostek czasowych… – i człowiek nie zachodzi w głowę “czy to jeszcze miłość czy już przyzwyczajenie/współuzależnienie”? Czerpiemy z pucharu namiętności, spijamy nektar słodyczy – a jak widzimy, że poziom niebezpiecznie chyli się ku końcowi – żegnamy się bez żalu, pretensji i nienawiści słowami: “Biorę to, co mi podarowałeś, jest tego bardzo dużo; biorę to ze sobą i otaczam czcią. Za to, co się między nami nie udało, biorę swoją część odpowiedzialności, Tobie pozostawiając Twoją. A teraz zostawiam Cię w pokoju…”
Błogosławieni szczęśliwcy, którzy tak dojrzale potrafią…
Dziś w ogóle we mnie myśli gonitwa. Przywałęsały się takie… niedorzeczne, bezdomne, brudne. Słowne przybłędy. Karmić czy nogą niezgody tupnąć na nie?
Mamę myślą obejmuję. Próbuję jakoś ugłaskać ten alkoholizm, przyjmując w ramiona pojęcie, że jest silniejszy od niej, niezależny od jej kulawej woli. Widzę jak coraz mniej człowieka w człowieku, który mnie na świat wydał. Dzięki niej istnieję, myślę, kontempluję, wierzę, zmagam się z problemami. A ona już nie żyje – wegetuje jeno, nie przyjmując dłoni pomocnych. Zaszyła się w ułudnym świecie delirycznych snów, brudu, alkoholowego smrodu i marskości wątroby. Kolejne pobyty w szpitalu niczego jej nie uczą, przestrogi lekarzy – nie straszą, pogardliwe spojrzenia na ulicy – spływają po niej jak ciepły, letni deszcz. A ja wiem, że kiedy jej zabraknie – siebie truć będę wyrzutami, że za mało robiłam, za mało starałam się naprowadzić na zapomniany szlak. Tak już mam, że gniewem karzę siebie samą za błędy popełniane przez innych…
(…)
Dziwne… Tak kochać życie, że z tej miłości zmysły postradać… i nie dbać o nie jak należy…
Won, myśli, won… już was dziś nie chcę.
26 listopada 2011 r.
Czasem dopadają człowieka małe tęsknoty za stanem przedmacierzyńskim. Że sobotni dzionek przemieniało się w miazgę nicnierobienia. Byczyło się w wyrze całe godziny, zajadając galaretki w czekoladzie, papierki rzucając na podłogę. Mierzyło pilotem, orbitując gdzieś po nieambitnych kanałach, bez obawy o maluczkie umysły. Nie siliło się na… na… na nic: kochało się, wyło z rozkoszy, ociekało spazmami, rzygało wręcz orgazmem za orgazmem… zasypiało się ze sobą w sobie, budziło, pieściło, padało ze zmęczenia… Budził nas świt – speszony nagością ciał, pełen ciepła Jego rąk i wytchnienia w cieniu Jego rzęs.
Czasem małe tęsknoty ewoluują w Wielką Tęsknotę, zwłaszcza gdy kumulują się od dłuższego czasu.
A potem przychodzi wieczór, po całym dniu pragnień i nastrajania się na wspaniały seks, po godzinach pożerania siebie nienasyconym wzrokiem… Dzieci zasypiają, a my…
… zasypiamy zmęczeni całodziennym rodzicielstwem. Ehh. Mówiono nam, że nic już nie będzie jak dawniej, ale jakoś nie dawaliśmy wiary.
Obejmij mnie chociaż słowem. Kocham trzeźwość w Tobie. I liżę pokaleczoną nadzieję, pragnąć by trwało to jak najdłużej. Na zawsze, najlepiej…
27 listopada 2011 r.
Z pewnością nie jestem szczęśliwa. Ale bywam. Dzisiaj, na przykład.
Chciałabym, byśmy częściej pozwalali – z pokorą i poszanowaniem – istnieć różnicom w naszej relacji. Dobrze mi tak. Po Twoich mruczących oczach widzę, że i Tobie również…
28 listopada 2011 r.
Rozlazły dzień. Rozlazł się po kątach, myśli powałęsały się na rozmaite rozstaje, zakwitły nad urwiskiem wyborów. Rozlazłam się na ona i ja. Muszę się zdecydować w której przycupnąć na dłużej, bo wieje mi po piętach.
29 listopada 2011 r.
Wróciłam w dziecięce oczęta. Przykleiłam się pod dziewczęcą powieką. Wycieczka do bombkarni wycisnęła ze mnie słodko-gorzki sok wspomnień. Zaćpałam się dawnymi pragnieniami, sztachnęłam magią nadchodzących świąt, pazury zdarłam w rozdrapywaniu pancerza lat. Marzenia zaklęte w bombczanym odbiciu. Dzieciństwo skrzy w teraźniejszości.
Ozłocić pragnę macierzyństwo, na szklaną miazgę zetrzeć zakrzepłe we mnie toksyny. Nie kaleczyć synów, jak rozbita bombka…
30 listopada 2011 r.
Zła noc, złe sny, niechęcią skąpany poranek. Kłótnia splunęła jadem na rankiem zamglone uszy.
“To już jest koniec, (listopadnik) nie ma już nic…” Wskakuję w grudzień – zamiast codziennej spowiedzi będą świąteczne wystawy. Też nieźle.
Dodaj do ulubionych:
Bądź pierwszą osobą, która doda ten wpis do listy ulubionych.